Wall Street: Money Never Sleeps

“Geed is good.”

Każdy kto oglądał film “Wall Street” (1987) wie kto wypowiedział te słowa i że zrobił to w taki sposób, że aż trudno się z nim nie zgodzić. Lecz chyba reżyser wziął to za bardzo do siebie i raczej tylko chciwość kierowała Oliver’em Stonem w chwili, w której postanowił nakręcić jego kontynuację, czyli “Wall Street: Money Never Sleeps”.

Ale o tym za moment. “Wall Street” to jeden z moich ulubionych filmów, po którym między innymi Charlie Sheen wzniósł się na wyżyny popularności. Lecz to nie on był Gwiazdą tego filmu. Ten tytuł należy do Michael’a Douglas’a. Jego rola (za którą dostał w pełni zasłużoną Nagrodę Akademii) Gordona Gekko to moim zdaniem nie tylko jedna z najlepszych ról aktora, ale z najlepszych jakie dane mi było w kinie zobaczyć. Zimny i bezwzględny drań z Wall Street, którego mimo wszystko się lubi. W końcu, kto z nas nie chciałby mieć tylu pieniędzy i takiej władzy, że za pomocą jednej rozmowy telefonicznej, mógłby zadecydować o losach wielu firm.

Film zachwycał także widokiem tych słynnych czerwonych szelek, maklerów, całej tej elity z Wall Street, światem wielkich pieniędzy i przyjęć. Tak przy okazji, to ciekawe czy jakikolwiek zwykły, szary człowiek oglądając ten film 20 lat temu rozumiał o czym te wszystkie rekiny finansjery mówią? Ja, szczerze mówiąc, do tej pory nie rozumiem tego języka.

Oczywiście zachwycała również obsada; część aktorów była już gwiazdami, część dopiero wschodziła na “Hollywoodzki nieboskłon” ale do każdej postaci w filmie czuło się jakiś poziom sympatii.

I tak, 23 lata po premierze “Wall Street” reżyser, Oliver Stone, popełnił jego drugą część. Moim osobistym zdaniem od czasów filmu “Nixon” (1995) nie zrobił on nic dobrego. Przez dobrego, mam na myśli coś naprawdę wartego uwagi. O “Wall Street 2” (tytuł skrótowy) mówiło się już od jakiegoś czasu. Już chyba 3-4 lata temu czytałem wywiad ze Stonem, w którym wspominał o tym im ma zamiar zrealizować ten film. Marzyłem wtedy, aby jednak tego nie robił, by ktoś mu wybił z głowy ten, jakże dziwny i absurdalny pomysł. Po prostu nie jestem zwolennikiem robienia sequeli, a przynajmniej nie po takim czasie. Co innego jak kręci się następną część np w odstępie dwóch lat; jeśli zatrudnia się tą samą obsadę lub co najmniej jej część, to można mieć szczęście i powtórzyć sukces np przez to, że aktorzy nie zapomnieli jeszcze postaci, które udało im się zbudować.

Jedyne co łączy ze sobą obie części to postaci reżysera i Michael Douglas. Ten pierwszy, tak jak pisałem, nie jest w formie już od jakiegoś czasu, a ten drugi? No właśnie. Geniusz aktorski Douglas’a nie podlega żadnej dyskusji. Jest to aktor na prawdę znakomity, który w historii kina stworzył wiele niezwykłych kreacji. Nic dziwnego, w końcu to syn wspaniałego Kirk’a Douglas’a. Niestety, chyba w przeciwieństwie do ojca, im starszy tym gorszy. Wiem, że w tym filmie Gordon Gekko miał być inny, ale właściwie dlaczego? Osobiście chciałbym zobaczyć znów tego drapieżnego rekina, który nie ma żadnych skrupułów jeśli chodzi o pieniądze. Zobaczyłem dziadka, który niby nadal jest przebiegły ale naprawdę po prostu chce, żeby ktoś go przytulił. Trudno. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł nakręcenia trzeciej części.

Kolejna z głównych ról to znany z “Transformers” czy “Indiana Jones 4” Shia LaBeouf. Szczerze? Niech lepiej dalej gra w filmach akcji czy przygodowych, do nich się nadaje. Możliwe, że jeszcze będzie z niego aktor dobry do ról bardziej dramatycznych, ale na pewno jeszcze nie teraz. Gra on dla mnie trochę niewyraźnie, a co najgorsze, w każdym filmie tak samo. Na dodatek ta jego chłopięca uroda, jakoś mi nie pasowała do tej roli. Krótko mówiąc na ekranie oglądałem dziadka i małego chłopca. Nie fajnie.

Jeśli chodzi o aktorów z drugiego planu to sprawa przedstawia się całkiem przyzwoicie. Josh Brolin, aktor ostatnimi czasy lubiany przez Stone’a (“W.”), cudowna aktorka Susan Sarandon, która jak dla mnie jest jedną z najlepszych w Hollywood, chociaż ostatnio chyba trochę zapomniana. Jest również Frank Langella oraz wielki, wielki smaczek dla kinomanów – Eli Wallach. Wspaniały aktor, na którego rolach wychowało się już kilka pokoleń (ja najbardziej kojarzę go z roli szefa złej bandy z “The Magnificent Seven” czy z “The Godfather III”). Tutaj rolę zagrał niewielką i mało wymagającą, ale ma on już 95 lat więc nie można od niego wymagać skomplikowanych kreacji. Niemniej jednak, bardzo go szanuję między innymi za to, że mimo tak podeszłego wieku regularnie pojawia się czy to na wielkim czy na szklanym ekranie i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniej kwestii.

Film nie jest jakąś kompletną tragedią czy klapą. Jako film sam w sobie jest całkiem niezły, no może całkiem zjadliwy. Jeśli zaś patrzymy na niego przez pryzmat pierwszej części (co jest dość powszechne przy sequelach) to niestety jest on dużo, dużo słabszy od niej. Nie ma w nim jakiegoś takiego zachwytu światem wielkich pieniędzy i młodego Gekko, który emanował z ekranu magnetyzmem. Jeśli chcecie obejrzeć coś w deszczowy wieczór, to film ten powinien się nadać, ale bardziej na oglądanie do poduchy niż na jakąś dobrą rozrywkę. Nie jest on może nudny ale ciśnienie wam na nim raczej nie podskoczy.

Z kontynuacji po latach, dużo oczekuję po nadchodzącym “Tron Legacy” i czuję, że się nie zawiodę, ale to akurat film opierający się na efektach specjalnych, a te jak wiadomo nie wymagają od nas zbyt wiele.

“Wall Street: Money Never Sleeps” oceniam na 5/10 (przy czym pierwszą część oceniłbym na dobre 8,5) i to chyba tylko z powodu obecności w nim Douglas’a.

PS: Jeśli już zdecydujecie się na obejrzenie tego filmu, to w scenie na bankiecie czeka na wam mały smaczek.