Back to the Future Trylogy

“Roads? Where we’re going, we don’t need roads.”

Niedawno opisałem serię o Indiana Jonesie, po czym uznałem, że dobrze by było napisać na temat innych znanych serii. Tym samym w mojej głowie zrodził się cykl recenzji, który nazwałem (pewnie niezbyt oryginalnie)  Filmowe Serie Wszech Czasów. Nazwa chyba wszystko wyjaśnia, więc czas zacząć.

Trylogia “Back to the Future” to chyba moja ulubiona, jeśli nie wręcz najukochańsza seria. Oglądam ją zawsze gdy mam zły humor, gdy chciałbym coś obejrzeć, a akurat nie ma nic innego do oglądania czy po prostu kiedy mam ochotę się pośmiać przed telewizorem siedząc na wygodnej kanapie. Za każdym razem oglądam ją tak, jakbym widział ją po raz pierwszy, bawiąc się przy tym niesamowicie, mimo tego, że wszystkie części znam na pamięć. Na dodatek rzadko kiedy oglądam tylko jeden film. Zazwyczaj jak już obejrzę jeden to od razu poświęcam czas na wszystkie trzy. Po prostu tak mnie one wciągają, że nie sposób oderwać się od telewizora. Ale o czym właściwie to jest?

Film opowiada nam historię Marty’ego McFly’a (w tej roli rewelacyjny Michael J. Fox) i jego przyjaciela, zwariowanego naukowca Doktora Emmett’a “Doc’a” Brown’a (Christopher Lloyd). Tenże doktor wynalazł urządzenie pozwalające na podróże w wymiarach czasu i przestrzeni, czyli mówiąc wprost, wehikuł czasu. W wyniku nieoczekiwanych zdarzeń, Marty przenosi się 30 lat wstecz, do lat pięćdziesiątych, gdzie natyka się na swoich nastoletnich rodziców, a “młodsza wersja” Dra Brown’a pomaga mu wrócić do przyszłości. Tyle o fabule, a żeby nie zdradzać szczegółów kolejnych dwóch części powiem tylko, że dzieją się one  w niedalekiej przyszłości (część II) i na Dzikim Zachodzie (część III).

Kto wyreżyserował trylogię? Reżyserem, a także współscenarzystą jest Robert Zemeckis, a za produkcję odpowiada między innymi Steven Spielberg. Te nazwiska chyba mówią same za siebie, lecz jeśli nie kojarzycie tego pierwszego, to jest on reżyserem takich filmów jak “Forrest Gump”, “Kto wrobił Królika Rogera” czy “Cast Away”. A jak możemy trylogię sklasyfikować gatunkowo? Według mnie jest to przygodowa komedia science-fiction, która po prostu nie pozwala widzowi się nudzić. Komedię mamy tu dzięki każdej postaci. Aktorzy zostali dobrani do filmu perfekcyjnie; Michael J. Fox bawi nas na każdym kroku i sprawia, że grany przez niego Marty staje się nam bliski. W pełni wczuwamy się w jego postać i sytuację, a jego humor jest w pełni naturalny, przez co śmieszy jeszcze bardziej. Dr Brown, to szalony naukowiec, który o wielu rzeczach mówi naukowym, ale przyjaznym żargonem, co we mnie rodziło myśli w stylu “Dlaczego mój nauczyciel od fizyki nie mówił tak ciekawie?”. Mamy tu rodziców Marty’ego; jego młodą, seksowną matkę (zupełnie inną od tej jaką poznajemy na początku filmu) i jego ojca, równie ciapowatego w młodości co w późniejszych latach. Mamy też kilka innych postaci, które poznajemy w różnych okresach, na przełomie trylogii.

Która część jest najlepsza? Tu nie ma dla mnie jednoznacznej odpowiedzi. Osobiście najbardziej lubię część pierwszą i trzecią, ale chyba nie potrafię zdecydować, którą z nich bardziej. Pierwsza jest po prostu Pierwsza, przez co jej oryginalność bije z ekranu, ale trzecia stanowi dla mnie znakomite dopełnienie trylogii. W ramach ciekawostki dodam, że części druga i trzecia były kręcone jednocześnie. “Dwójka” też jest bardzo dobra, chociaż ja lubię głównie jej pierwszą połowę.

W tych filmach jest coś niezwykłego. Coś, co tak naprawdę jest w bardzo niewielu filmach. Ich ponadczasowość. Pomimo tego, iż od premiery pierwszej części minęło już 25 wiosen, oglądając ją wciąż czuć płynącą z niej świeżość. Mamy tu znakomite efekty specjalne, których nie powstydziłby się nie jeden dzisiejszy film, a jak wiadomo 25 lat w tej dziedzinie to kawał czasu, oczywiście, dzisiejsze produkcje science-fiction mają o wiele większe budżety, te efekty są (co zrozumiałe) o wiele bardziej zaawansowane i rozbudowane, ale nie potrafię sobie przypomnieć filmu z tego gatunku, który powstał w ciągu ostatnich np 10 lat i tak bardzo by się zakorzenił w popkulturze jak trylogia “Back to the Future”. Jedynym jaki przychodzi mi do głowy to “Matrix” z 1999 roku, który także jest trylogią, ale chyba większość się ze mną zgodzi, że tylko pierwsza część się w niej liczy. Pozostałe dwie to, jak dla mnie, tylko dodatki. Może jeszcze trylogia “Lord of the Rings” ale to już trochę inny gatunek.

Pierwszą część “Back to the Future” obejrzałem mając chyba 9 lat. Miałem ją nagraną na kasecie VHS i odtwarzałem ją w kółko, aż taśma była w takim stanie, że nie dało się już oglądać. Teraz mam kolekcjonerskie wydanie trylogii na DVD, ale marzy mi się wydanie na Blu-ray (drogi Święty Mikołaju, jeśli to czytasz to wiesz co robić), które niedawno pojawiło się w sklepach z okazji, przypadającej na ten rok, 25 rocznicy premiery pierwszej części.

Czy warto te filmy obejrzeć? Cóż…tak, tak i jeszcze raz tak. Jak wspomniałem wcześniej jest to moja ulubiona seria filmowa, a może nawet jedne z moich ulubionych filmów, jeśli traktować je osobno. Jeśli, ktoś do tej pory nie widział żadnego z tych filmów niech czym prędzej  to zrobi – jeśli macie fundusze to kupcie dobie najnowsze wydanie na BD, które podobno aż pęka od wspaniałych materiałów dodatkowych, lub poszukajcie w sklepach kolekcjonerskiej edycji na DVD, także zawierającej ciekawe dodatki oraz bardzo ładnie wydanej. Ja na pewno jeszcze nie raz te filmy obejrzę, gdyż zabawa przy nich jest rewelacyjna, a przecież o to chyba wszystkim chodzi w kinie – o dobrej zabawie, która poprawi nam humor i pozostawi wspaniałe wrażenia.

Na koniec pozostaje mi już chyba tylko ocenić każdą z poszczególnych części:

-część I  10/10

-część II  bardzo mocne 8,5/10

-część III  10/10

Nie chcąc zdradzać szczegółów dotyczących fabuły, nie skupiałem się na opisywaniu każdej części z osobna. Wtedy na pewno tekst były ciekawszy ale mam nadzieję, że taki, jaki jest teraz też się podoba. Będę się starał chociaż raz w tygodniu opisać jedną z moich ulubionych serii. Także te, które niekoniecznie wszyscy oglądali.