Whatever Works

Większość z nas ma swoich ulubionych aktorów, aktorki, reżyserów, niektórzy nawet ulubionych scenarzystów czy producentów. Często jednak w każdej z tych kategorii jest kilka nazwisk i ciężko wymienić to jedne konkretne. Ja jednak posiadam takie nazwisko, a przynajmniej jeśli chodzi o reżysera, i brzmi ono Woody Allen, panie i panowie! Mój Mistrz!

Odkąd obejrzałem “Take the Money and Run” (1969) wprost zakochałem się w filmach Allen’a. Później to już oglądałem wszystko jak leci, a do moich ulubionych należą między innymi: “Bananas” (1971), “Everything You Always Wanted to Know About Sex But Were Afraid to Ask” (1972), “Manhattan” (1979), “Hannah and Her Sisters” (1986) i wiele, wiele innych. Właściwie, to lubię każdy jego film, a widziałem praktycznie wszystkie. No może kilka z nich uważam za gorsze (niektóre za jeszcze gorsze ale o tym później), ale w każdym jest coś niezwykłego. Najbardziej cenie sobie starsze filmy Allen’a i te do połowy lat dziewięćdziesiątych. Wyróżnia je jedna, bardzo ważna cecha, która jest raczej niespotykana u innych reżyserów – Allen gra w nich główne (czasem drugoplanowe) role. I to jest to, za co kocham jego twórczość; nie tylko wspaniała reżyseria, genialne scenariusze i teksty, ale także fenomenalna gra. Oczywiście, niemal każda grana przez niego postać powiela pewien schemat żydowskiego intelektualisty, cynika, egocentryka, czasem nawet seksoholika. W każdym następnym filmie możemy dostrzec podobieństwo głównego bohatera do tego z filmu, który oglądaliśmy wcześniej. Nie jest to oczywiście nic złego. Każdą jego postać się uwielbia. Każda wnosi coś nowego. Każda sprawia, że leży się na ziemi przed telewizorem, śmiejąc się przy tym aż do bólu brzucha. Oczywiście nie każdy lubi ten rodzaj humoru jaki Allen nam serwuje. Bo jego filmy to nie są komedie, takie jakie zazwyczaj oglądamy. Często nie są to w ogóle komedie, a przynajmniej nie w pierwotnym założeniu. Ja bym powiedział, że są to w większości filmy o życiu, życiu takim, jakie ono jest; często brutalne, rzucające nam kłody pod nogi ale przy tym bardzo ciekawe i absurdalnie zabawne. Filmy mądre, przepełnione inteligentnym humorem,  są wręcz kopalnią genialnych cytatów pełnych cynizmu, egoizmu, egocentryzmu, ateizmu, seksu, problemów z egzystencją i jedną wielką kpiną ze wszystkiego, ale podane to jest w taki sposób, że człowiek tylko uśmiecha się od ucha do ucha kiedy to słyszy.

“Ja i mój były mąż zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Należało spojrzeć po raz drugi…”

Są to także często filmu, po prostu o miłości. Ciężkiej, trudnej ale przez to jakże prawdziwej. Każdy kto się kiedykolwiek zakochał wie, że jest ona często bardziej skomplikowana niż fizyka kwantowa dla pięciolatka. Jednym z takich filmów jest mój ulubiony obraz Allen’a, który dla mnie zawsze będzie na pierwszym miejscu w jego filmografii, czyli “Annie Hall”. Genialny film. Polecam go każdemu. Jest on wręcz kwintesencją Woody’ego Allen’a. W nim jest wszystko co w jego stylu najlepsze. Jeśli nie oglądaliście, to zróbcie to koniecznie!!! Z niego pochodzi cytat, który jest znakomity i który moim zdaniem rewelacyjnie odzwierciedla miłość i związki między ludźmi

(pozwólcie, że przytoczę go w oryginale):

“I thought of that old joke: This guy goes to a psychiatrist and says, ‘Doc, my brother’s crazy, he thinks he’s a chicken.’ And the doctor says, ‘Well why don’t you turn him in?’ and the guy says, ‘I would, but I need the eggs.’ Well, I guess that’s pretty much now how I feel about relationships. They’re totally irrational and crazy and absurd, but I guess we keep going through it because most of us need the eggs.”

Piękne, proste, genialne. No dobrze, ale tu nie miało być tylko o Allen’ie i tym jak bardzo uwielbiam jego filmy. Zatem przejdźmy do meritum.

Mimo tego jak wiele dla mnie znaczy twórczość Woody’ego, jak bardzo szanuje ją i jego, to muszę powiedzieć, że na starość coś mu odbiło i zaczął kręcić szmiry. Zaczęło się to 5 lat temu. Pierwszym krokiem ku upadkowi Króla był film “Match Point”. Zmiana stylu. Jakiś kryminał, zbrodnia, czuć jakby Agathe Christie momentami. Nie była to klapa ale dla mnie ten styl nie pasuje zupełnie do Allen’a. Później mieliśmy “Scoop” (jednak postać grana przez reżysera dawała nam trochę poczucia, że oglądamy jego film) oraz “Cassandra’s Dream”. Ten ostatni, przyznam to mimo tego, iż styl nadal nie pasował mi do Allen’a, był naprawdę całkiem dobry (to chyba głównie zasługa dobrych kreacji McGregor’a i Farrell’a). W pierwszych dwóch z wymienionych filmów męska część widowni mogła przynajmniej cieszyć oczy widokiem Scarlett Johansson, niestety, tego co przyszło rok później nawet ona nie mogła mi zrekompensować. Woody Allen zrobił coś, czym podpadł mi bardzo, oj bardzo, a mowa tu o “Vicky Cristina Barcelona”. Najpierw zaczął fundować moim oczom jakieś dziwne kryminały, które jednak dało się obejrzeć, a teraz stworzył jakieś romansidło, o dwóch dziewczynach jadących sobie do Barcelony i zakochujących się w jednym i tym samym kolesiu. Powiem szczerze, nie wytrwałem do końca. Nie dałem rady. Dla mnie taki film w dorobku Allen’a był jak cios w serce. No, to tak jakby fani Metallici otrzymali od swojego ukochanego zespołu album na którym muzycy grają polkę. Ja wiem, że praktycznie każda kobieta powie teraz, że to był super, wspaniały film. Dobrze, nie znam się. Ale nagle, w zeszłym roku stało się coś niezwykłego. Coś, co obawiałem się, że już nigdy nie nastanie – Allen nakręcił nowy film, ale w swoim starym, dobrym stylu.

“Whatever Works” (i jego “urocze” polskie tłumaczenie “Co nas kręci, co nas podnieca” – w dyby zakuć tego kto to wymyślił i zatwierdził) jest filmem, w którym reżyser wraca do swojego ukochanego miasta, czyli Nowego Jorku. Dla tych co nie wiedzą, to jego rodzinne miasto, większość jego filmów dzieje się właśnie w nim, a sam Allen przez wiele lat w ogóle z niego nie wyjeżdżał. Ale powraca nie tylko miejsce, powraca styl, tematyka, typ głównego bohatera. Co prawda głównej roli widzimy kogo innego, ale moim zdaniem to nawet dobrze, gdyż Allen jednak ma już swoje lata i oglądanie go na ekranie zrobiło się trochę niesmaczne.

Głównym bohaterem jest Boris Yellnikoff (w tej roli rewelacyjny Larry David), który jest geniuszem z dziedziny fizyki oraz, co tu dużo mówić, wszystkim tym, czym byli bohaterowie Allen’a w jego starszych filmach. Jest inteligentny, dowcipny i sarkastyczny. Na życie i świat patrzy z wyższością, na wszytko znajdując kontrargument, często wręcz pokazując pogardę względem innych. Pewnego dnia jego życie zmienia się diametralnie, w momencie gdy poznaje dziewczynę imieniem Melody (również bardzo dobra Evan Rachel Wood). Nie będę pisać co się działo dalej, by nie psuć wam przyjemności z oglądania.

Powiem tak, jest to moim zdaniem najlepszy film Allen’a od jakichś 10-15 lat. Oglądając go znów czułem się rozbawiony, zmuszony do myślenia, czasem wzruszony, a czasem nawet czułem jak ten film szydzi sobie ze mnie jako widza. Po prostu ten film wzbudzał we mnie jakieś emocje, czułem że dociera do mnie. A chyba o to chodzi w oglądaniu filmów; o rozrywkę i o to by dany obraz przeżywać, wczuwać się w niego. Ten film to sprawił. W moim przypadku.

Mam jedną podstawową teorię, która mówi dlaczego Allen wyszedł z tej otchłani i wrócił na wyżyny swojej twórczości. Otóż, scenariusz do tego filmu napisał kilka ładnych lat temu, jeszcze w czasach sprzed “Scoop” i innych. Główną rolę pisał dla siebie, dlatego pewnie była ona przepełniona “starym Woodym”.

W filmie mamy wiele bardzo dobrych kreacji, wiele przezabawnych sytuacji oraz to co zawsze było podstawą w kinie Allen’a, czyli rewelacyjne dialogi. Mi zapadł w pamięć (dodam, że film oglądałem już jakiś rok temu) szczególnie jeden: Ojciec Melody “Myślisz, że twoja matka mnie nienawidzi?” na co Boris “Oczywiście, że cię nienawidzi. Ja znam cię zaledwie od 5 minut i już cię nienawidzę”. I za coś takiego lubię Allen’a!

No dobrze, pisać jeszcze można i pisać, tylko kto to później czytać będzie? Podsumowując, film ten wrócił mi wiarę w mojego mistrza reżyserii, ulubionego komika, człowieka, który w cudowny sposób pokazuje życie i związki międzyludzkie. Film zdecydowanie polecam wszystkim, którzy stęsknili się trochę za Allen’em, ale także tym którzy jego twórczości nie znają. Uwierzcie mi, że jeśli ten film wam się spodoba to na pewno polubicie starsze pozycje, więc zabierajcie się za nadrabianie czym prędzej. Film w listopadzie pojawił się na DVD i BD, więc jeśli nie widzieliście lub spodobał się wam, a znacie kogoś kto go nie widział, to zbliżają się Mikołajki i Gwiazdka.

Moja ocena tego filmu to naprawdę mocne 8/10, ale gdybym nie był takim “allenofilem” i nie znał jego wcześniejszych filmów, to dałbym pewnie nawet 9/10. W każdym razie panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, obejrzyjcie “Whatever Works” bo naprawdę warto!