Złodzieje, złodziejaszki i drobne cwaniaczki – heist movies.

Ostatnio obejrzałem najnowszy film Ben’a Affleck’a, który gra główną rolę  jak i reżyseruje, “The Town” (“Miasto Złodziei”) i zainspirował mnie on do napisania o pewnym, może nie tyle gatunku, ale o rodzaju filmów – filmach “złodziejskich”. Jak nietrudno się domyśleć, są to filmy opowiadające o złodziejach; złodziejach przeróżnych, chociaż w kinie najczęściej możemy oglądać dwa typy: okradających banki oraz złodziei samochodów. Zdarzają się również inni, choć są oni w zdecydowanej mniejszości.

Postaram się opisać te filmy, które oglądałem i będą to tylko te, które polecam. Przy niektórych zatrzymam się na trochę dłużej, a resztę tylko pokrótce opiszę. Zastanawiałem się jak podzielić te filmy. Podział na typy złodziei czytałoby się chyba trochę nudno więc postawiłem na trochę inny. Jaki i czy słuszny, to się zaraz będzie można przekonać.

Klasyki sprzed 1980 roku.

Urodziłem się w latach 80-tych, więc tą dekadę chciałem uznać za pewien osobisty punkt odniesienia, bo wszystkie filmy tu opisane, to tylko i wyłącznie tytuły, które sobie cenię najbardziej i dzięki którym tak lubię kino, w którym w głównych rolach widzimy złodziei i złodziejaszków.

Pierwszym filmem i obowiązkową klasyką jest “Żądło” (“The Sting”) z 1973 roku. Film z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem w rolach głównych jest moim zdaniem idealnym przykładem jeszcze innego rodzaju kina o złodziejach niż dwa, które wymieniłem wcześniej. Ja lubię je nazywać “filmami przekrętu”, czyli takimi, w których głównym motywem napędzającym bohaterów, jest nie tyle chęć wzbogacenia się, co przechytrzenie antagonisty, co zazwyczaj kończyło się zabraniem mu określonej kwoty lub wsadzeniem do więzienia. Oczywiście wszystko to w sprytny i nieprzewidywalny sposób. Bardzo lubię tego rodzaju filmy, gdyż zazwyczaj charakteryzują się one nieprzewidywanymi zwrotami akcji oraz tym, że widz pod koniec filmu zadaje sobie pytanie “ale jak to?!”. :) Jak już jesteśmy przy takich klasykach, to nie można zapomnieć o oryginalnej wersji “Ocean’s Eleven” z 1960 roku, w którym zagrała plejada ówczesnego kina; mogliśmy zobaczyć takie gwiazdy jak Frank Sinatra, Dean Martin, Sammy Davis Jr. czy Shirley MacLaine. Warto zobaczyć, na pewno przez sentyment dla aktorów oraz jeśli komuś podobała się nowa wersja (i jej kontynuacje) to myślę, że trzeba obejrzeć pierwowzór, bo pomimo wieku niczego mu nie brakuje.

Jeśli mowa o oryginalnych wersjach przebojów znanych znam z ostatnich lat, to nie można zapominać o takich filmach jak “Gone in 60 Seconds” (1974), “Włoska Robota” (“The Italian Job” 1969) w której grał Michael Caine, “Afera Thomasa Crowna” (“The Thomas Crown Affair” 1968) z tytułową rolą Steve’a McQueen’a czy “Jak zabić starszą panią” (“The Ladykillers” 1955) z takimi gwiazdami jak Sir Alec Guinness (najbardziej znany chyba z roli Obi-Wana Kenobiego z “Gwiezdnych Wojen”) czy Peter Sellers (niezapomniany i genialny jako Jacques Clouseau z serii “Różowa Pantera”). Jakie jeszcze inne godne polecenia filmy mamy z tamtych lat? Zdecydowanie “Pieskie popołudnie” (“Dog Day Afternoon” 1975) z rewelacyjnym Alem Pacino, którego kariera nabierała rozpędu po roli w “Ojcu Chrzestnym II” zagranej rok wcześniej. Bardzo dobry film, który może nawet dziś sobie odświeżę.

Są takie filmy, które każdy kojarzy. Nie każdy je widział, ale przynajmniej każdy o nich słyszał. Moim zdaniem do takich filmów należy zaliczyć “Bonnie i Clyde” (1967) w którym zagrali Warren Beatty i Faye Dunaway. Kultowa już historia pary przestępczej podróżującej przez Stany. Pozycja obowiązkowa dla każdego kinomana. Ale nie tylko w USA powstawały klasyki tego rodzaju kina; z tamtego okresu przychodzą mi do głowy trzy produkcje – dwie z nich francuskie, trzecia duńska. Tej ostatniej już się pewnie większość z was domyśliła. Tak, chodzi oczywiście o legendarną serię o “Gangu Olsena” (pierwsza część pojawiła się w 1968 roku). Olsen i jego banda to drobne złodziejaszki, które w każdym filmie planują jakiś wielki skok. Oczywiście zawsze coś idzie nie po ich myśli powodując przy tym wiele prześmiewczych sytuacji. Kiedyś wszystkie części leciały w telewizji Polsat ale było to wiele lat temu. Jeśli chodzi o wspomniane dwie produkcje francuskie to są to “Napad na bank” (1963) i seria o “Fantomasie” (1964, 1965, 1967) – obydwie z genialnym ( i moim zdaniem najlepszym) europejskim komikiem tamtych czasów, Louis de Funes.

Lata 90-te.

Nie przychodzi mi nic do głowy z lat 80-tych dlatego przechodzę od razu do następnej dekady. Pierwszym filmem, o którym chciałbym wspomnieć jest “Sneakers” (1992) z między innymi Robertem Redfordem i Danem Aykroydem. Całkiem przyjemny, również dla geeków i fanów elektroniki. Ja mam osobiście spory sentyment do niego. Teraz czas na moim zdaniem jedne z najważniejszych filmów całej dekady i to nie tylko kina “złodziejskiego”; mowa o “Wściekłych psach” (“Reservoir Dogs” 1992) oraz “Gorączce” (“The Heat” 1995). Pierwszy to debiut kinowy wielkiego Quentina Tarantino, który tym filmem otworzył sobie drzwi do świata Hollywood, a dwa lata później przeszedł przez nie, nawet nie zdejmując butów, za sprawą “Pulp Fiction”. “Wściekłe psy” to historia bandy (której członkowie w ogóle się między sobą nie znają) mającej napaść na sklep jubilerski. Oczywiście coś musiało pójść nie tak i później próbują się dowiedzieć z czyjej winy. Na prawdę kawał mocnego kina, a dla fanów Tarantino pozycja więcej niż obowiązkowa. Natomiast “Gorączka” to film Michael’a Mann’a, który to w późniejszych latach nie raz pokazał, że potrafi zrobić dobre kino akcji. Na ekranie możemy zobaczyć cudowną grę dwóch aktorów, którzy przez lata stali się ikonami kina gangsterskiego – Al Pacino i Rober De Niro. Jest to również ich pierwszy film w którym razem się pojawiają (wiem, że obydwu mogliśmy widzieć w “Ojcu Chrzestnym II” jednak nie są oni tam jednocześnie widoczni na ekranie) i między innymi przez to przeszedł on do historii. De Niro jako szef bandy napadającej na banki i Pacino jako ścigający ich policjant – coś takiego chyba mówi samo za siebie. W mojej ocenie ten film dostał już dawno temu 9/10!

To może teraz czas na coś z odrobiną humoru i tu ta dekada zapisała mi w pamięci dwie pozycje; pierwsza z nich to “Diamentowa afera” (“Blue Streak” 1999), która jest kapitalną komedią. Byłem na tym w kinie dawno temu i pamiętam, że doskonale się bawiłem. Oczywiście widziałem to jeszcze nie raz w telewizji, za każdym razem mając kupę śmiechu. Druga to “Hudson Hawk” (1991), rewelacyjna komedia sensacyjna z Brucem Willisem w roli tytułowej, który bardziej chyba mi pasuje do takich filmów niż kina akcji. Film opowiada o złodzieju, który w ciągu 24 godzin po wyjściu z więzienia dostaje nowe zlecenie i zostaje wciągnięty w intrygę z Leonadro da Vinci w tle. Bardzo fajny i przyjemny film z akcją ale i dobrym humorem.

Warto również wspomnieć o takich pozycjach jak “Osaczeni” (“Entrapment” 1999) z Catherine Zeta-Jones i Sean Connery, który opowiada o młodej złodziejce i jej mentorze, oraz “Afera Thomasa Crowna” (1999) z Piercem Brosnanem i Rene Russo, który jest remakiem filmu z 1968 roku. O ile pierwszy jest filmem dobrym, choć nie wyjątkowym, o tyle drugi, moim zdaniem, zrównuje się (o ile nawet nie przewyższa go pod niektórymi względami) z pierwowzorem.

Ostatnim filmem z lat 90-tych, o jakim chciałbym wspomnieć jest francuski “Doberman” (1997). Obraz w którym występuje słynna filmowa para, Vincent Cassel i Monica Bellucci. To film mocny, w czasach w których miał swoją premierę nazywany nawet wulgarnym, w Polsce dostępny od lat osiemnastu. Myślę jednak, że fani Tarantino czy Rodrigueza potraktują go jak wieczorynkę.

Lata 2000-2010

No i doszliśmy do tego, co działo się w kinie przez ostatnie 10 lat. A działo się całkiem sporo. Zaczęły się pojawiać rozmaite filmy o takiej tematyce; remaki dawnych hitów oraz całkiem nowe oryginale i ciekawe scenariusze, a także przypadki filmów opartych na faktach. Jakie nowe wersje pojawiły się na ekranach? Na pewno należy wymienić tu “60 Sekund” (2000) w którym mogliśmy oglądać takie gwiazdy jak Nicolas Cage czy Angelina Jolie. Film moim zdaniem bardzo dobry; nieskomplikowany, ale też nie tandetny scenariusz, dobra akcja i gra aktorska, piękne samochody. Czysta rozrywka. Kolejny remake to “Ocean’s 11” oraz jego następne części (2001, 2004, 2007). W każdym z tych filmów zagrała plejada Hollywood i każdy z nich jest naprawdę godny polecenia. Nie brak w nich humoru więc czas poświęcony na ich obejrzenie raczej nie okaże się zmarnowany. Pamiętajmy także o “Włoskiej robocie” (“Italian Job” 2003) czy “Ladykillers, czyli zabójczy kwintet” (“The Ladykillers” 2004), z czego ten drugi był moim zdaniem gorszy od oryginału, pomimo dobrej roli Toma Hanksa.

W minionej dekadzie znów pojawia się kilka pozycji, które wcześniej nazwałem “filmami przekrętu”, a moim ulubionym jest zdecydowanie “Przekręt doskonały” (“Confidence” 2003). Dobra obsada, cudowny scenariusz i niezwykłe zdziwienie na końcu. Film zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie gdy obejrzałem go po raz pierwszy. Zapadł mi w pamięć także przez piosenkę “Clocks” zespoły Coldplay na napisach końcowych. Opowiada on o bandzie, która zajmuje się robieniem przekrętów na ludziach z pieniędzmi. Pewnego razu nie wszystko idzie po ich myśli i aby wydostać się z tarapatów muszą wykonać pewną robotę dla jednego z bossów przestępczego świata (w tej roli rewelacyjny Dustin Hoffman). Obejrzyjcie, bo wszystko się później naprawdę ciekawie potoczyło. Co dalej? Pan o nazwisku Ritchie. Guy Ritchie. W 1998 roku wyreżyserował film “Porachunki” (“Lock, Stock and Two Smoking Barrels”) a tym samym wskrzesił na Wyspach coś takiego jak komedia kryminalna. Od filmu wieje świeżością i pomysłem. Dwa lata później powtórzył (lub nawet stworzył coś lepszego) ten wyczyn i wydał na świat “Przekręt” (“Snatch”) w którym zachwyca między innymi rola Brada Pitta. W 2001 mamy szansę obejrzeć “Skok” (“Heist”) gdzie Gene Hackman pokazuje, że jeszcze nie powdział ostatniego słowa jako aktor, a Edward Norton i Robert De Niro pojawiają się razem w filmie “Rozgrywka” (“The Score”). Pomimo dobrej obsady, niestety mocno średni. A jeśli chcecie obejrzeć coś przyjemnego ale co za bardzo nie zachwyci to polecam “Niezawodny plan” (“Foolproof” 2003) w którym gra co raz popularniejszy Ryan Reynolds. Chociaż o wiele bardziej polecam “Złap mnie, jeśli potrafisz” (“Catch Me If You Can”) w reżyserii Stevena Spielberga, z Leonardo DiCaprio i Tomem Hanksem w rolach głównych. Bardzo fajny film, a lepiej się go ogłada, wiedząc że jest oparty na autentycznych wydarzeniach.

Czas powrócić do napadania na banki, a zrobimy to filmem “Plan doskonały” (“Inside Man”) z 2006 roku. Bardzo dobra obsada; Denzel Washington, Jodie Foster czy Clive Owen, a także reżyser Spike Lee – to wszystko mówi samo za siebie i sprawia, że ten film jest zdecydowanie godny polecenia. Podobno były jakieś pomysły na nakręcenie drugiej części ale chyba jednak nic z tego (i całe szczęście!). Więcej banków? Proszę bardzo: “Teoria chaosu” (“Chaos” 2005) a w niej Ryan Phillippe, Wesley Snipes (jeszcze zanim zaczął oszukiwać urząd podatkowy USA) i Jason Statham. Film raczej mało znany ale bardzo dobry, z zakończeniem, którego się osobiście nie spodziewałem, a takie właśnie filmy lubię. Dalej. Znów Jason Statham (w sumie już po raz trzeci, gdyż grał również we “Włoskiej robocie”) i “Angielska robota” (“The Bank Job” 2008), czyli oparta na faktach opowieść o napadzie na bank na londyńskiej Baker Street w 1971 roku. Jak już jesteśmy przy historiach na faktach to kiedyś, przy okazji zerknijcie na telewizyjny film “44 minuty: Strzelanina w północnym Hollywood” (“44 Minutes: The North Hollywood Shoot-Out” 2003) gdzie dwóch złodziei chcę napaść na bank, lecz coś poszło nie tak w wyniku czego rozpoczęła się otwarta strzelanina z policją, trwająca 44 minuty. A z czegoś weselszego polecam “Przyzwoitego przestępcę” (“Ordinary Decent Criminal” 2000) w którym główną rolę zagrał Kevin Spacey. Zbliżając się do końca napadów na banki wspomnę jeszcze o “Wrogach publicznych” (“Public Enemies” 2009) o Johnie Dillinger’e granego przez Johnnego Deppa oraz francuski “Wróg publiczny numer jeden” (2008). Oba biograficzne.

Teraz kilka słów o filmie, który zaszczepił mi pomysł napisania tego tekstu (teraz pewnie go znienawidzicie i nigdy nie obejrzycie), czyli “The Town”. Jest to najnowszy film Ben’a Affleck’a i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał. Nie należy do najkrótszych, bo trwa dwie i pół godziny ale myślę, że to dobrze spędzony czas. Przypomina mi trochę “Gorączkę” i uważam go za jej młodszą i trochę gorszą wersję, ale film naprawdę przyzwoity. Dobra gra aktorska, ciekawy scenariusz (adaptowany) niezła akcja. Najbardziej w grze aktorskiej podobał mi się irlandzki akcent Affleck’a. Wiem, że to nie łatwe zadanie zagrać ten akcent więc moje ukłony za to. Oceniam ten film na mocne 7/10 i uważam, że zajmie on dobre miejsce wśród filmów o złodziejach.

A teraz już naprawdę zbliżając się do końca, chciałem jeszcze poruszyć dwie sprawy. Pierwsza to Woody Allen. Jak już wiecie to mój ukochany reżyser i także znalazł swoje miejsce w tej tematyce. Ale żeby nie przedłużać wymienię tylko o jakie filmy chodzi. Są dwa: “Drobne cwaniaczki” (“Small Time Crooks” 2000) i “Bierz forsę i w nogi” (“Take the Money and Run) – genialny! Druga sprawa to nasze rodzime produkcje spod znaku złodziejaszków. Na myśl przychodzi mi tylko kilka, a prawie wszystkie w reżyserii Juliusza Machulskiego. Na pewno domyślacie się, że chodzi miedzy innymi o dwie części “Vabank” z Janem Machulskim oraz nowszy “Vinci” z Borysem Szycem i Robertem Więckiewiczem. Zaliczyć można do nich w zasadzie też “Killera”, bo motyw kradzieży i przekrętu też się tam pojawia. Polecam również “Ewa chce spać” z 1957 roku oraz “Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ Króla Kasiarzy” (1978) w którym obok Piotra Fronczewskiego zagrała między innymi niedawno zmarła Gabriela Kownacka. Jeśli nie znacie, obejrzyjcie.

Podsumowanie

Jak widzicie filmów opowiadających o złodziejach, tych sympatycznych i tych mniej, trochę było. Na pewno było ich więcej niż tu opisałem. Nawet teraz przychodzi mi jeszcze jeden na myśl, ale już nie będę nic dodawał. Bardzo lubię tą tematykę filmów, bo zazwyczaj gwarantuje ona dobra rozrywkę w postaci akcji i często humoru, ale przede wszystkim jest w nich jakaś zagadka, przekręt o którym wcześniej wspominałem, coś co powoduje u nas zaskoczenie i sprawia, że nierzadko mieliśmy okazję nie tylko dobrze się na filmie bawić ale też trochę pomyśleć i pogłówkować. Mam nadzieję, że zbytnio nie wiało tu nudą i tekst o większej ilości filmów wyszedł mi całkiem dobrze jak na pierwszy raz, miejmy nadzieję, że nie ostatni.