Die Hard

“Yippie-kay-yay, wydymańcu!”*

Witam wszystkich w roku 2011! Grudniowy szał zakupów, przygotowań świątecznych, obżarstwa, leniuchowania i pijackich zabaw w Sylwestra już za nami. Jak wam minął ten okres? Byliście na czymś w kinie lub dostaliście pod choinkę coś ciekawego na Blu-ray/DVD? A może jakiś fajny film w telewizji? Na pewno dzięki uprzejmości jednej ze stacji telewizyjnych dostąpiliśmy wielkiego zaszczytu, obejrzenia po raz setny przygód małego Kevina, który zostaje sam w domu. Co z tego że każdy z nas widział to już tyle razy ile Świąt już przeżył, skoro ten film się po prostu dobrze ogląda. A raz na rok to tak w sam raz. Bo są takie filmy, które zawsze lecą przynajmniej raz w roku i jesteśmy do tego już tak przyzwyczajeni, że jeśli ktoś z zarządu stacji zdecyduje nam ich nie pokazywać, to jesteśmy strasznie zawiedzeni. Np “Naga broń” jest takim filmem czy też “W krzywym zwierciadle: witaj Święty Mikołaju” – genialna komedia, już się chyba czegoś takiego nie kręci, a szkoda. Ale jest jeszcze jedna pozycja, która jest iście świąteczna, choć nie opowiada o grubym brodaczu wpadającym do nas przez komin. Nie ma w niej również sielanki przy kominku i śpiewania radosnych kolęd w cieniu iglastego drzewka. Jest za to masa strzelania, wybuchy, pełno “shitów” i “maderfakerów” oraz koleś biegający boso po wieżowcu. Wiecie już na pewno o co chodzi. Tak, to John “Yippie-kay-yay” McClane i film “Die Hard” (1988) znany jako “Szklana pułapka”!

Jak widać, polskie tłumaczenia nie zawodzą nas już od kilkunastu lat – na tych gości zawsze można liczyć! O ile w przypadku pierwszej części serii (jest ich jak dotąd cztery) tłumaczenie to ma sens, o tyle w przypadku kolejnych już niekoniecznie, ale kto mógł wziąć pod uwagę, że takowe zostaną nakręcone. Jak zapewne wszyscy wiedzą w filmie główną rolę gra jedna z ikon filmów akcji (moim zdaniem stoi on na podium razem ze Stallonem i Schwarzeneggerem), człowiek który jest twarzą polskiej wódki Sobieski, czyli Bruce Willis. Właściwie to właśnie ten film uczynił go prawdziwą gwiazdą Hollywood, choć popularność zdobył dzięki serialowi “Na wariackich papierach”. Historia jest prosta: detektyw policji z Nowego Jorku przylatuje na Święta do żony mieszkającej z dziećmi w Los Angeles, udaje się do biurowca firmy w której ona pracuje, gdzie odbywa się przyjecie świąteczne. Pech chciał, że niedługo wpadnie tam grupa groźnych ludzi wyposażonych w broń maszynową i niemiecki akcent i weźmie wszystkich uczestników zabawy jako swoich zakładników. Wszystkich? Parafrazując komiks o Asterixie “nie wszystkich – jeden człowiek wciąż stawia opór najeźdźcom”. McClane rozpoczyna serię zdażeń mających na celu dowiedzenie się co czarne charaktery mają zamiar zrobić, kim są no i oczywiście jak można ich powstrzymać. Żeby nie było nudno, nie robi tego po cichu, czego efektem jest to, że trup trupem pogania. Jak wspomniałem wcześniej; jatka, czyli esencja męskiego kina. Oczywiście jak można się domyśleć źli panowie giną, a Bruce z kobietą pod pachą i sławą odchodzi na tle napisów końcowych.

Wspomniałem również o tym, że mamy więcej niż jedną część. Już po dwóch latach doczekaliśmy się sequela pod postacią “Die Hard 2”, u nas jako “Szklana pułapka 2” choć akcja dzieje się na terenie lotniska niekoniecznie z dużą ilością szkła. Schemat podobny; Święta, bohater żyje sobie jak gdyby nigdy nic, kiedy pojawiają się bandziory z bronią i wszystko mu psują, a on sam zamienia się w jedynego człowieka, który może ich powstrzymać. Efekt? Więcej wybuchów niż w pierwszej części, więcej trupów, więcej żartów Johna, testosteron w powietrzu. Moim zdaniem jest to jednak najgorsza część serii. Nie to żeby była zła, po prostu mi się najmniej podoba.

Rok 1995 – kolejny sequel, “Die Hard with a Vengeance”, czyli po prostu “Szklana pułapka 3”. Tu już w ogóle nie ma mowy o poprawnym tłumaczeniu. Tym razem przenosimy się na teren Nowego Jorku, co mi osobiście się bardzo spodobało. Mamy tu Samuel’a L. Jackson’a i Jeremy’ego Irons’a, który dodają niezłego smaku temu filmowi. Ktoś upatrzył sobie ulice Wielkiego Jabłka jako idealne miejsce do zabawy materiałami wybuchowymi, a na dodatek uwziął się na McClane’a, który od tej pory musi zrobić wszystko co w jego mocy by powstrzymać szaleńca. W moim rankingu ta część jest zaraz po “jedynce”. Sporym autem filmu jest wspomniany Samuel L. Jackson, którego bohater, zwykły właściciel sklepu z elektroniką w Harlemie, jest spokojny, uprzejmy i lubiący technikę i łamigłówki, jest przeciwieństwem Johna, przez co znakomicie się uzupełniają i powodują dużo zabawnych sytuacji.

12 lat, czyli do roku 2007 przyszło nam czekać na kolejną i jak na razie ostatnią część – “Live Free or Die Hard”, która w naszych kinach wyświetlana była pod tytułem “Szklana pułapka 4.0”. Jednak tym razem tłumaczenie nawiązywało w pewien sposób do tego co mogliśmy obejrzeć na ekranie, bowiem akcja toczy się wokół cyberterroryzmu. Pewien bardzo zdolny haker i były agent NSA (National Security Agency) postanawia trochę nabroić w stolicy i przy okazji zgarnąć trochę kasy, co skutkuje tym, że robi się nieciekawie. Gdzieś po drodze pojawia się nam i we wszystko wplątuje, nasz stary znajomy, John McClane. Zaczyna się wyścig z czasem, ratowanie niewinnych i kompletna demolka. Pamiętam, że jak dowiedziałem się o tym, że ten film powstaje to zastanawiałem się “po co?”, ale jak już poszedłem na niego do kina i obejrzeniu całości to stwierdziłem, że bawiłem się wyśmienicie. To jest naprawdę dobry film! W miarę spójny scenariusz (“w miarę” pełni tu funkcję kluczową, bowiem absurdów też tu nie brakuje), dobra akcja, masa strzelania, ale też nie najgorsze dialogi. Pozytywne zaskoczenie w postaci Justina Longa i widok długich nóg Maggie Q. “Dziadek” Willis również nieźle się trzyma i zapewnia nam to za co lubiliśmy jego postać w poprzednich częściach. Ogólnie nie jest źle, a nawet lepiej.

Podsumowując, seria “Die Hard” to kanon kina akcji (tak jak seria o Rambo czy “Terminator”) i każdy powinien to widzieć. Bo tu nawet nie ma nad czym się rozwodzić, wszystko co w filmach akcji być powinno jest we wszystkich częściach serii. Mamy gościa, który dobrze wygląda z bronią w ręku, zabija wszystko i wszystkich których uzna za “tych złych”, a wszystko to robi z sympatycznym uśmieszkiem na twarzy, co raz rzucając jakimś żartem. Nie ma tu romansów, spacerów po łące czy obiadków u teściów; to jest męskie kino przez duże “M!” które polecam każdemu, żeby obejrzał sobie jeszcze raz, a jeśli ktoś nie widział to niech zrobi to czym prędzej lub poczeka do następnych Świąt, kiedy to któraś ze stacji telewizyjnych znów postanowi nam umilić czas Johnem McClanem.

PS:

Na koniec jeszcze jedna sprawa; otóż nastał nowy rok, a z tej okazji postanowiłem pisać tu trochę częściej, bo ostatnio trochę to zaniedbałem. Będę się zatem starać pisać jak najwięcej ale też nie mówię, że stanie się to tak z dnia na dzień. Dużo ludzi mnie motywuje to tego, żebym pisał dalej za co im bardzo dziękuję, będę chciał pisać więcej i lepiej. Uznałem, że na “powrót” będzie idealny tekst z cyklu Filmowe Serie Wszech Czasów, do której mam już wiele pomysłów czekających tylko na spisanie.

*z tego co pamiętam to właśnie tak w naszej rodzimej telewizji była tłumaczona słynna pointa, którą wypowiadał McClane po (lub w trakcie) pozbyciu się głównego przeciwnika