TRON i jego dziedzictwo

Kiedy rok temu do kin wszedł “Avatar” każdy wiedział, że teraz coś się zmieni, że nastąpi rewolucja, która wedrze się szturmem do kin, a następnie do naszych domów. Mowa oczywiście o technologii 3D, do której zdecydowanie należał miniony rok. Czy ta rewolucja się dokonała? Uważam, że po filmie Camerona nie dostaliśmy nic rewolucyjnego. “Avatar” był moim pierwszym filmem, który widziałem w 3D i byłem nim zachwycony (chociaż bardziej mnie chyba zachwyciło wydanie 2D na Blu-ray) lecz przez ostatni rok nie widziałem nic, co by chociaż w mały stopniu zachwyciło mnie swoim trójwymiarem. Spowodowane było to między innymi tym, że “Avatar” był kręcony w 3D, a większość filmów, które widzieliśmy w 2010 roku mających trzeci wymiar w tytule, była jedynie do niego konwertowana. Jednak ostatnie 6 miesięcy było wyczekiwaniem, na coś, co miało być kolejnym krokiem dla tej technologi i kina – premierę “TRON: Dziedzictwo”.

Miało być cudnie, spodziewałem się tego co dał mi obraz Jamesa Camerona plus coś jeszcze. Mówię tu oczywiście o odczuciach, doznaniach wizualnych, czyli w dużym skrócie: kawał porządnego trzeciego wymiaru. Liczyłem, że przez cały rok można zrobić spory krok naprzód, a przynajmniej krok widoczny, lecz chyba jednak się trochę zawiodłem.

Zaczynając jednak od początku. W 1982 roku ze stajni Walt Disney wyszedł film SF zatytułowany “TRON”. Lekko zabawny, z dobrą, trzymającą się kupy fabułą i ładny wizualnie – takie filmy Disney wypuszcza do tej pory i za to (w drugiej kolejności oczywiście, bo głównie za mesę genialnych animacji) go lubimy i cenimy. Ale ten film był szczególny; nie był po prostu kolorowy i ładny. “TRON” to przykład filmu, w który wykorzystuje się najnowocześniejszą technikę w celu stworzenia czegoś magicznego (tak jak później zrobili to bracia Wachowscy w “Matrixie” czy Cameron we wspomnianym już “Avatarze”), czegoś co staje się kamieniem milowym. Taki właśnie był (i nadal pozostaje) “TRON”. Opowieść o programiście, który aby udowodnić kradzież swojej pracy, włamuje się do systemu dawnej firmy i zostaje przeniesiony do wnętrza komputera. Tam w świecie w którym rządy sprawowane są przez Program Główny (Master Control Program), a mniejszym programy wykorzystywane są do niebezpiecznych gier (walki na dyski czy też wyścigi motocykli świetlnych), musi on stoczyć walkę o odzyskanie panowania nad systemem, a pomoże mu w tym między innymi tytułowy Tron, będący specjalnym programem zabezpieczającym. Brzmi dziwnie, a może nawet wręcz głupio? Ja bym powiedział, że oryginalnie. Bo właśnie taki jest ten film – jedyny w swoim rodzaju.

Gdyby taki film został nakręcony w dzisiejszych czasach, na jego kontynuację na pewno nie musielibyśmy długo czekać, ale jako że powstał jakiś czas temu, to przyszło nam na to czekać 28 lat. Szmat czasu. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że powstanie druga część to pomyślałem, że odgrzewanie takiego starego kotleta nie może się dobrze skończyć i po co w ogóle to robić? Szybko jednak to zdziwienie zaczęło zmieniać się w ogromne wyczekiwanie, kiedy w internecie pojawiły się pierwsze zdjęcia prezentujące nową wersję wirtualnego świata, później pojawił się pierwszy teaser, następnie pełny zwiastun. Są po prostu takie momenty kiedy człowiek nie może się czegoś doczekać. Pierwszą część oglądałem będąc jeszcze dzieckiem i zastanawiałem się czy kontynuacja zrobi takie samo wrażenie na dzisiejszych młodych widzach jak pierwowzór kiedyś zrobił na mnie. Ale najbardziej dręczyło mnie jedno pytanie: czy druga część będzie tak samo ważna dla efektów specjalnych w filmach jak ta z 1982 roku?

Nadszedł dzień aby wybrać się do kina na film. Dla jak najlepszych wrażeń postanowiłem obejrzeć film w kinie typu IMAX (tutaj rada dla tych co jeszcze na filmie nie byli: lepiej zarezerwować miejsca rzędach 5-8 wtedy podobno są najlepsze doznania z oglądania 3D na tego typu ekranie). Film się rozpoczął i po dwóch godzinach skończył. Ani razu nie spojrzałem na zegarek. O czym jest “TRON: Dziedzictwo”? Kevin Flynn (główny bohater pierwszej części) znika w tajemniczych okolicznościach zostawiając swojego jedynego syna. Po 20 latach tenże syn trafia do komputerowego świata (w filmie nazywany jest on The Grid) gdzie odnajduje swojego ojca, który był w nim przez cały czas swojej nieobecności. Więcej nie zdradzę, by nic nikomu nie zepsuć.

Powiem tak, przełomu nie ma. A przynajmniej nie w tym, w czym go oczekiwałem. Efekty same w sobie są oczywiście z najwyższej pułki, tego nie można twórcom odmówić. Tak samo jak 3D, choć nadal nie jestem zwolennikiem tej technologii. Ale nie ma w tym niczego, czego nie zobaczyłem w “Avatarze”. Choć tutaj efekt 3D jest trochę ciekawszy; moim zdaniem w filmie Camerona 3D trochę ujmowało pięknu świata Pandory, gdyż film oglądany przez okulary jest nieco ciemniejszy, mniej ostry. Dlatego na Blu-ray podobał mi się o wiele bardziej. W “TRON: Dziedzictwo” cały pokazany nam świat jest mroczniejszy, dominują ciemne barwy, przez co moim zdaniem oko też się mniej męczy – bo nie ukrywajmy technologia ta wciąż sprawia, że 2 godziny filmu to dla naszych oczy niemałe wyzwanie. Ale mimo, że w dziedzinie efektów nie ma rewolucji to i tak, film na pewno warto obejrzeć; sceny walki na dyski czy wyścigi motocykli są moim zdaniem perfekcyjnie zrealizowane i momentami potrafią wcisnąć w fotel. Jak wygląda sprawa z fabuła filmu? Już po części przedstawiłem o czym on jest i nikt nie powinien się spodziewać tu niczego głębokiego. To nie jest “Matrix”. Podobnie jak pierwsza część, ma on nam pokazać co w dzisiejszych czasach można zrobić w kinie za pomocą efektów specjalnych. A propos efektów wspomnę jeszcze o postaci Clu, czyli alter ego Flynn’a w cyfrowym świecie. Jego twarz to po prostu odmłodzony komputerowo Jeff Bridges. Niektórzy mogą powiedzieć, że wygląda on nieco sztucznie, ale przecież nikomu się jeszcze nie udało oddać w pełni mimiki ludzkiej twarzy za pomocą komputera. Na pewno efekt jest lepszy niż to co można było zobaczyć w “Beowolf” Zemeckisa. Tak więc, fabuła jest prosta i nieskomplikowana i taka właśnie miała być, niech nikt nie myśli, że dostanie tam ładnie wyglądające i “efekciarskie” kino Bergmana.

Efekty mamy, fabuła też jakaś jest. A co z aktorstwem? W filmie podziwiamy głownie trójkę aktorów: Garret Hedlund jako Sam Flynn, Jeff Bridges w roli jego ojca oraz Clu, a także Olivia Wild jako Quorra. Pierwszy gra bez wyrazu, cały czas tak samo i niczym nie zaskakuje. Równie dobrze jego rolę mógłby zagrać ktoś inny, a sam aktor został wybrany do niej chyba tylko dlatego, że ładnie wygląda, a nie ze względu na umiejętności aktorskie. Zupełnie jak Hayden Christensen w II epizodzie “Gwiezdnych Wojen” (w III się trochę rozkręcił). No, ale tak jak pisałem, miał to być głównie film do podziwiania efektów, a nie warsztatu. Jednak po Jeffie Bridgesie to spodziewałem się czegoś więcej, niż pokazał, bo on jest znakomitym aktorem. Spotkałem się już z opiniami, że jego gra wygląda tak, jakby myślał tylko o tym jak tłusty czek dostanie za tę rolę. Trochę tak jest, choć momentami przypominał mi postać “Kolesia” z “The Big Lebowski” barci Cohen, w którym to stworzył rewelacyjną kreację. No i na koniec Olivia Wild. Piękna. Jest ona moim zdaniem jednym z dwóch największych atutów tego filmu (o drugim za chwilę). Jej uroda znakomicie pasuje do klimatu jaki widzimy na ekranie, porusza się z gracją podczas walk, po prostu twórcy filmu dokonali idealnego wyboru. Ale przecież nie zachwyca ona tylko swoją urodą. Jedna z gwiazd “Dra Housea” (w którym moim zdaniem gra na średnim poziomie) tutaj zagrała idealnie. Nie jest to oczywiście rola godna prestiżowych nagród filmowych, ale wypadła najbardziej naturalnie z całej obsady. Najlepiej czuła to co się tam dzieje i dzięki niej można było poczuć klimat jaki panuje w The Grid. Warto zwrócić uwagę na postać Castora granego przez Michaela Sheena; postać epizodyczna, choć ważna dla fabuły i niewątpliwie dość oryginalna. Mój znajomy powiedział, że gdyby pojawiła się ona w pierwszej części filmu, to w tamtych czasach genialnie zagrałby ją David Bowie i trudno się z tym nie zgodzić.

To jaki był według mnie drugi największy atut tego filmu? Muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka! To ona buduje klimat. To ona najbardziej nas wciska w fotel. To co stworzyli panowie z Daft Punk (którzy nawet mają swój mały epizod w filmie) jest niesamowite! Ścieżka dźwiękowa do filmu pojawiła się na pułkach sklepowych w listopadzie i już wtedy mnie zachwyciła, jednak dopiero po usłyszeniu jej patrząc jednocześnie na ekran, człowiek w pełni rozumie jak genialne dzieło to jest. Myślę, że wielu twórców weźmie ją sobie za wzór tego jak powinna brzmieć muzyka m.in. w kinie SF, lecz nie tylko i jak powinna przekazywać emocje. Liczę też na to, że otrzyma ona nominację do Oscara, a następnie samą nagrodę, bo znakomicie oddaje to, co oglądamy, a przecież o to chodzi w muzyce filmowej.

Podsumowując, film na pewno jest wart obejrzenia. Fabuła i aktorstwo was nie wciągną ale nie zanudzą, bo 2 godziny mijają bardzo szybko. Efekty specjalne raczej nie sprawią, że człowiek nie będzie mógł spać z podniecenia ale myślę, że zadowolą nawet te bardziej wybredne gusta, bo twórcy nie odwalili tu fuszerki. Na pewno oczaruje was muzyka i dzięki niej poczujecie dokładniej klimat filmu. Na koniec jeszcze wspomnę o opiniach, które gdzieś przeczytałem, o tym iż film ten jest tylko dla komputerowych maniaków i fanów pierwszej części. Otóż nie. Na pewno warto znać pierwszą część (ja przypomniałem ją sobie przed seansem) bo w sequelu jest kilka “smaczków” nawiązujących to pierwowzoru. A czy trzeba kochać komputery, znać się na pisaniu setek wierszy kodu, grafice komputerowej itp? Nie trzeba. Film z 1982 był niewątpliwie bardziej dla takich ludzi, a ten z 2010 to po prostu dobry film SF z porządnymi efektami. Do kanonu gatunku raczej nie wejdzie, ale warto to przeżyć (i znów wspomnę o genialnej muzyce), a jeśli ktoś ma możliwość, to niech wyda kilka złotych więcej i pójdzie na seans do kina IMAX, bo doznania będą o wiele lepsze, niż w przypadku oglądania go na tradycyjnym ekranie.