Czarny łabędź

Prawie 13 lat temu, w 1998 roku pojawił się “Pi”, debiutancki obraz reżysera, o którym od razu wiedziano, że każdy jego następny film będzie oryginalny i  długo wyczekiwany przez tych nieco bardziej wymagających widzów. Dwa lata później mieliśmy szansę obejrzeć, kultowe już, “Requiem dla snu”, a w późniejszych latach “Źródło” oraz “Zapaśnika”. W miniony piątek na ekrany polskich kin weszło jego najnowsze dzieło zatytułowane “Czarny łabędź”. Reżyserem tym jest Darren Aronofsky.

Znając jego poprzednie filmy wiedziałem, czego mniej więcej mogę się spodziewać; filmu niełatwego w odbiorze, na pewno nie takiego, który można sobie obejrzeć w spokojne niedzielne popołudnie na kanapie przed telewizorem. Choć z drugiej strony nie wiedziałem, czy film dorówna poprzednim obrazom reżysera; wszak “Requiem…” już dawano osiągnęło miano kultowego, a ostatni “Zapaśnik” był rewelacyjny. Natomiast nakręcone między nimi “Źródło” wypadało na ich tle dość marnie (choć generalnie film nie był zły). Jednak po tym, jak usłyszałem i przeczytałem kilka pochlebnych recenzji nie mogłem się doczekać kiedy go zobaczę i wątpliwości miałem co raz mniej.

Film opowiada o młodej baletnicy Ninie (Natalie Portman), która jedyne do czego w życiu dąży, to perfekcja w tańcu. Pewnego dnia dostaje ona szansę o jakiej od dawna marzyła – zatańczenie roli Odett, królowej łabędzi. Roli, która będzie dla Niny nie lada wyzwaniem, gdyż będzie musiała zagrać zarówno “Białego łabędzia” jak i mrocznego, tytułowego “Czarnego łabędzia”. O ile do pierwszej roli jest ona stworzona, o tyle do drugiej musi pokazać, że stać ją nie tylko na perfekcję ale również na pasję i zapomnienie się w tańcu oraz pokazanie swojej ciemniejszej natury. Angaż do tak ważnej roli to dla jednej baleriny początek ogromnej kariery, a dla innej jej zakończenie – wraz z nową królową łabędzi musi odejść stara (w tej roli Winona Ryder). Nina zaczyna widzieć, że tak jak ona zastąpiła inna tancerkę, tak i ona może zostać zastąpiona przez Lily (Mila Kunis) – dziewczynę, która byłaby idealnym “Czarnym łabędziem”. W Ninie rodzi się niepokój, z czasem przeradza się w obsesję i manię prześladowczą.

“Czarny łabędź” to film, który nie każdemu przypadnie do gustu; jedni będą się nad nim zachwycać, inni zaś uznają go za zbyt dziwaczny. Jedni i drudzy będą mieli rację. Jeśli się ten film widziało, to po prostu nie można być co do niego obojętnym. Przesłanie filmu jest dość proste – dążenie do całkowitej perfekcji jest może i dobre, ale osiągnięcie jej, niemożliwe. Pokazuje nam również, że każdy, nawet najbardziej z pozoru niewinny i delikatny człowiek, ma w sobie drugą, mroczną stronę, która bardzo szybko może przejąć nad nim kontrolę. Nic nowego. Takie wnioski można wyciągnąć, po niejednym już nakręconym filmie, jednak Aronofsky przekazał nam to w takie sposób, iż niełatwo jest o tym zapomnieć. Przez prawie dwie godziny jesteśmy bombardowani mrocznymi zakamarkami ludzkiej świadomości, niewyjaśnionymi obrazami, emocjami jakimi są strach, paranoja, a także nienawiść i pożądanie. To wszystko sprawia, że w ciągu całego seansu możemy być zachwyceni perfekcyjnym tańcem, oczarowani muzyką, jak i jednocześnie przerażeni mrokiem jaki czai się w człowieku.

Moim zdaniem należy zwrócić uwagę na trzy bardzo ważne w tym filmie rzeczy; gra świateł, ruch kamery oraz aktorstwo. Przez światło, a raczej cienie, często widzimy rzeczy innymi niż są w rzeczywistości, a perfekcyjne zdjęcia, kręcone w większości “z ręki” idealnie oddają klimat paranoi i strachu jakie ogarniają główną bohaterkę. Aktorstwo. Tu naprawdę warte uwagi są tylko dwie główne aktorki, czyli Natalie Portman i Mila Kunis. Pierwsza, po raz kolejny udowadnia, że jest nie tylko piękną kobietą, ale również znakomitą aktorką, która potrafi zagrać nawet tak trudne pod względem psychologicznym postacie. Za tę rolę otrzymała niedawno Złoty Glob i mam nadzieję, że zostanie ona również doceniona przez członków Akademii i nagrodzona Oscarem. Natomiast Kunis, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Najbardziej jest ona znana z serialu “Różowe lata 70-te” gdzie grała prostą, głupiutką dziewczynę, lecz tutaj pokazuje nam zupełnie co innego. Pokazuje pazury i to dość długie i ostre. Oglądając ją na ekranie mamy wrażenie, że rola była napisana specjalnie dla niej, gdyż idealnie się  w niej odnajduje. Pokazała ona naprawdę duży potencjał, który mam nadzieję, że zostanie dostrzeżony przez innych reżyserów, którzy będą mogli obsadzać tą aktorkę w równie ciekawych rolach.

Nie jestem szczególnym fanem tego rodzaju filmów, ale lubię od czasu do czasu takie kino obejrzeć. W tym przypadku znałem dorobek reżysera i wiedziałem czego mogę się spodziewać. Na pewno się nie zawiodłem, ale też nie jestem tym filmem oczarowany. Być może fani docenią go o wiele bardziej. Jeśli ktoś woli oglądać filmy w których zawsze wiadomo o co chodzi, niech kupi bilet na coś innego. “Czarny łabędź” to jeden z tych obrazów, po których wychodzimy z kina wstrząśnięci, lekko zdezorientowani, zastanawiając się nad tym co właśnie widzieliśmy. Co było prawdą, a co wytworem ludzkiej wyobraźni. Co było uzasadnioną obawą, a co już stawało się paranoją. Może nie stanie się on pozycją kultową, na miarę “Requiem dla snu” ale na pewno jest to film wart polecenia i obejrzenia, przynajmniej dla rewelacyjnej roli Natalie Portman.

Na koniec wspomnę o jeszcze jednym filmie, który warto obejrzeć, jeśli komuś spodoba się najnowsze dzieło Aranofskiego. Na ekrany polskich kin wszedł właśnie (choć film miał światową premierę w 2009) “Wkraczając w pustkę” w reżyserii Gaspara Noé (twórcy pamiętnego “Nieodwracalne” z 2002 roku). Ja sam jeszcze nie widziałem, ale od fanów tego rodzaju filmów słyszałem same pozytywne opinie.