The King’s Speech

Co raz bliżej do Oscarów. Mamy już za sobą Złote Globy, teraz także BAFTA i wszystko wskazuje, że pod koniec lutego na gali poznamy tegorocznego króla – “The King’s Speech” czyli “Jak zostać królem” zgarnia kolejne nagrody.

O czym jest ten film? Brytyjski książę Albert (późnej król Jerzy VI Windsor) ma pewien z pozoru mały problem, bardzo się jąka. Ma go już od najmłodszych lat przez co często był wyśmiewany przez członków swojej rodziny i poddanych. Problem staje się większy właśnie w przypadku odnoszącym się do tych drugich, gdyż co raz popularniejsze stają się publiczne wystąpienia człownków rodziny królewskiej oraz radiowe orędzia. W trosce o niego, żona księcia Elżbieta poszukuje co raz to nowszych specjalistów od mowy, którzy mogliby uleczyć męża z jego nieprzyjemnej wady. Gdy wszyscy lekarze zawodzą, przyszła królowa trafia na australijskiego logopedę Lionel’a Logue’a, który słynie z dość niekonwencjonalnych metod. Jak się okazuje metody te zaczynają odnosić pozytywne skutki, a Lionel i Bertie (tak zwracała się do księcia rodzina oraz Logue) szybko zostają dobrymi przyjaciółmi, którymi pozostali do końca życia.

“Jak zostać królem” nie jest arcydziełem kinematografii. Na pewno nie zostanie on klasykiem, bez względu na to ile nagród otrzyma. Lecz muszę przyznać, że z tych obrazów które są tegorocznymi faworytami we wszystkich największych “konkursach”, które do tej pory oglądałem, jest on najlepszy. Dlaczego? Bo jest prosty. Prosty jest też przepis na jego sukces. Mamy tu dobrą grę aktorską bardzo dobrych brytyjskich aktorów, mamy ciekawą, ale nieskomplikowaną historię, która nie nudzi widza, a na dodatek jest ona oparta na faktach, no i mamy humor (mimo że nie jest to taka zwykła komedia). Film się zaczyna, my go oglądamy, dobrze się przy tym bawiąc, wychodzimy z kina i jeszcze możemy trochę o nim podyskutować. Porusza on kilka ważnych tematów, ale tak naprawdę jest to opowieść o człowieku, który mimo że nie jest “zwykłym śmiertelnikiem”, ma problem który nierzadko zwykłego, szarego człowieka dopada i musi się z nim bardzo poważnie zmierzyć. To zbliża widza do bohatera, pozawala mu się w jakimś stopniu z nim utożsamić. Tak jak w “Królowej” mogliśmy zobaczyć Elżbietę II (nota bene córkę Jerzego VI) od bardziej ludzkiej strony, zobaczyć sytuacje w których musiała okazywać uczucia tak jak każdy z nas, tak w “Jak zostać królem” widzimy monarchę, który z racji swej przypadłości jest przerażony funkcją jaką przyjdzie mu pełnić.

Może Colin Firth nie zachwycił mnie tu na tyle by wręczać mu od razu worek nagród, ale Geoffrey Rush (większości chyba najlepiej znany z roli kapitana Barbossa z serii “Piraci z Karaibów”) w swej kreacji niekonwencjonalnego logopedy już się do tych nagród w pełni kwalifikuje. Jego głównym przeciwnikiem do statuetki Oscara jest Christian Bale za rolę w “Fighter”, który to planuję niebawem obejrzeć więc przekonamy się, który z panów bardziej zasługuje na nagrodę.

Scenografia i kostiumy – to są kategorie w których moim zdaniem film w pełni zasługuje na nagrody. Nie wiem tylko dlaczego jest on nominowany za scenariusz oryginalny, skoro jest on adaptacją książki.

Podsumowując, warto ten film zobaczyć. Niewątpliwie jest to najlepsza pozycja grana aktualnie w polskich kinach (tych sieciowych), no może poza “Prawdziwie męstwo” braci Coen. Jeśli potrzebujecie filmu, który umili wam wieczór, lubicie historie oparte na faktach oraz (tak jak mnie) ciekawi was jak się jąka anglik, idźcie i obejrzyjcie “Jak zostać królem” – na pewno będą to lepiej wydane pieniądze niż pójście na “Miłość i inne używki” na który, o zgrozo, większość ludzi wybrała się we wczorajsze Walentynki.

W mojej ocenie król z problemami mowy zasługuje na 8/10