Fighter

Nie znam wielu filmów o boksie. Właściwie na ten moment przychodzą mi do głowy głównie dwa; seria “Rocky” (choć cenię jedynie pierwszą część) oraz “Wściekły byk”. Oba filmy zapisały się w historii kina, to nie podlega żadnej wątpliwości. Pierwszy moim zdaniem, bardziej samym scenariuszem niż rolą Sly’a, który to ów scenariusz napisał, a drugi rolą Roberta De Niro. Ale obejrzałem ostatnio film, który dołączy do wyżej wymienionych i wraz z nimi dopełni moją trójkę pamiętnych filmów o tym wspaniałym sporcie jakim jest boks. Tym filmem jest “Fighter”, który wyreżyserował David O. Russell.

Głównym bohaterem filmu (opartego na faktach) jest Micky “Irish” Ward (Mark Wahlberg), mistrz wagi półśredniej WBU, pochodzący z Lowell w stanie Massachusetts. Jest on młodszym bratem Dicky’ego Eklund’a (w tej roli nagrodzony Oscarem Christian Bale), który również był niegdyś pretendentem do tytułu mistrzowskiego, jednak zatracił się on w narkotykach i zaprzepaścił swoją karierę. Teraz zajmuje się trenowaniem brata i wraz z matką jako menadżerką (nagrodzona Oscarem Melissa Leo) organizują Micky’emu walki, w których robi głównie za “worek”, którego pokonanie pozwala wybić się innym zawodnikom. Do wszystko zaczyna się zmieniać gdy Micky poznaje piękną Charlene (Amy Adams), dziewczynę z charakterem, która wie czego chce i która uświadamia Micky’ego, że aby osiągnąć jeszcze sukces w boksie musi się odciąć od brata i matki, którzy mimo deklarowanej troski, tylko mu szkodzą i hamują jego rozwój. Podjęcie takiej decyzji ułatwia mu aresztowanie brata i jego pójście do więzienia. Zaczyna go trenować kto inny, zmienia się także menadżer. Od tego momentu jego kariera zaczyna iść do przodu, a z czasem pojawia się na horyzoncie nawet szansa walki o mistrzostwo.

Film na pierwszy rzut oka nie jest arcydziełem. Nie wydaje się wielkim bokserskim hitem, tak jak dwa wymienione na początku przeze mnie filmy. Jest on jednak inny od nich. Pokazuje nam, by żeby stać się prawdziwym “fajterem” nie wystarczy bieganie po schodach w Filadelfii, picie surowych jajek i porządne lanie się w ringu. Widzimy, że aby osiągnąć sukces trzeba nie raz stoczyć walkę wewnątrz siebie, ze swoimi pragnieniami i zrozumieniem tego czego się naprawdę chce. Dla Micky’ego najważniejsza była rodzina. Była tak ważna, że nawet nie zauważał w jak bardzo toksycznych relacjach z tą rodziną żyje. Później pojawiła się kobieta, miłość i zdrowy rozsądek. Widzimy tu odwieczny konflikt między dwiema rzeczami, niczym w reklamach pewnej firmy; mamy serce i rozum. Serce, które stoi za rodziną, mówi nam że jest ona najważniejsza bez względu na wszystko, ale mamy także rozum, który podpowiada nam co tak naprawdę powinniśmy robić i jakie decyzje podejmować. I prawdziwym przesłaniem tego filmu jest moim zdaniem to, że każdy aby coś mu się w życiu udało musi stoczyć taką walkę z samym sobą, doprowadzić do rozejmu między sercem, a rozumem, sprawić aby zaczęły ze sobą współpracować. Wtedy wszystko jest możliwe.

Film zdobył dwa Oscary za aktorów drugoplanowych; Melissa Leo wypadła dobrze ale chyba ta nagroda nie była do końca zasłużona – nominowane były inne wspaniałe aktorki, które mogły ją zdobyć. Natomiast Christian Bale to już zupełnie inna bajka. Podziwiam tego aktora już od bardzo dawna i w każdym filmie tworzy on kreacje, które zapadają w pamięć; czy to latający z siekierą yuppie czy chudy mechanik czy Człowiek-nietoperz. A tu, podobnie jak w “Mechaniku” przeszedł on fizyczną przemianę, bardzo schudł (ale już wraca do formy, co widzieliśmy na ostatnich galach, bo czas kręcić nowego Batmana) dodali mu trochę łysiny, przerobili ząbki i już w gdy na niego patrzymy na ekranie, wręcz myślimy że pewnie w rzeczywistości zaczął brać narkotyki. Bardzo dobra rola, realistyczna i czasami wręcz wysuwająca się na pierwszy plan.

Polecam ten film bardzo gorąco. Nie ma w nim może za wiele samego boksu, ale jak już się pojawia (głownie walka finałowa) to jest na co popatrzeć. Widzimy tu doskonale, że nie jest to sport polegający na głupim laniu się po głowach, ale na myśleniu, przewidywaniu ruchów przeciwnika. Takie “brutalne szachy”. To film, który jest zrobiony dobrze, nie nudzi, daje nam upragnioną rozrywkę ale także możliwość pomyślenia i zastanowienia się nad nim. Gdybym miał wybierać między nim, a “Jak zostać królem” przy głosowaniu na najlepszy film roku to wybrał bym historię boksera.

“Fighter” zagościł w naszych kinach 4 marca więc jeszcze trochę będzie grany. Jeśli ktoś jeszcze nie widział to zapewniam, że nie będzie żałował wydanych dwudziestu paru złotych.

PS: Przypomniał mi się jeszcze jeden film o boksie; “Człowiek ringu” Rona Howarda z Russell’em Crow. Był niezły ale “Fighter” bardziej zapadnie w moją pamięć, bo jest po prostu lepszy.