W sieci kłamstw

Od dłuższego czasu jestem fanem Leonardo DiCaprio. To bardzo dobry aktor, który z filmu na film jest dla mnie co raz lepszy. Gość ma talent i nikt mnie nie przekona do zmiany zdania. Oczywiście, ma w swoim dorobku kilka filmów, które moim zdaniem są strasznymi szmirami, a nawet zwykłymi “badziewiami”. Ale to jak u każdego innego aktora. DiCaprio najgorsze (moim zdaniem) filmy robił gdy był tym pięknym młodzieńcem, do którego zdychały wszystkie nastolatki, mające jego plakaty nad łóżkami – “Titanic”, “Romeo i Julia” czy “Człowiek w żelaznej masce”. Ja wiem, że “Titanic” to świetny film pod względem technicznym, kasowym itp. Ale jako film jest po prostu słaby. Zanim Leo wystąpił w tych “cudeńkach” zagrał w trzech naprawdę rewelacyjnych filmach, po których można poznać, że Aktorem (tak, przez duże A) to on był już za młodu. Tak więc, jeśli jeszcze drogi czytelniku nie oglądałeś “Co gryzie Gilberta Grape’a”, “Chłopięcego świata” i “Przetrwać w Nowym Jorku” to zrób to!

Od 2000 roku, czyli od “Niebiańskiej plaży” podobał mi się właściwie każdy film z jego udziałem (muszę jeszcze jedynie nadrobić “Wyspę tajemnic” ale jakoś nie mogę się za to wziąć). “Złap mnie jeśli potrafisz”, “Krwawy diament” czy “Inflirtacja” i “Incepcja” – to są filmy, którymi DiCaprio sprawił, że stałem się jego fanem i mam zamiar dalej śledzić jego karierę. W ciągu ostatnich lat pojawił się również jeszcze jeden film z jego udziałem, który kiedyś zacząłem oglądać ale nie skończyłem (na pewno każdy miał chociaż raz w swoim życiu coś takiego, że po prostu nie miał jakoś nastroju na dany film i odłożył go zwyczajnie na później). W moim przypadku to później trwało prawie 2 lata. Film ten przyciąga również dwoma innymi nazwiskami: Russell Crowe i Ridley Scott. Mowa o “W sieci kłamstw”.

Duet Crowe-Scott jest nam dobrze znany z “Gladiatora”, “American Gangster” czy słabego, zeszłorocznego “Robin Hooda”. Generalnie sprawdzony przepis na coś dobrego. Dodajmy to tego jeszcze DiCaprio i mamy na pewno jakiś ciekawy film akcji. No akcji to tu akurat bardzo dużo nie ma, nie jest to Bond czy Bourne ale są tu inne smaczki. Intryga, choć nie tak duża jakby się wydawało. Mamy tu Bliski Wschód, czyli coś co bardzo często gości w kinie amerykańskim w ostatniej dekadzie, ale też nie jest to “Helikopter w ogniu” czy nawet “Hurt Locker”. To co my tu mamy?

Film opowiada o agencie CIA (DiCaprio), wykonującego antyterrorystyczne misje, mające na celu dopaść szefów Al-Kaidy, zanim zrealizują kolejne zamachy na “niewiernych”. Jego szefem jest skłonny do intryg Crowe, który  jak się wydaje, jest skłonny poświęcić ludzi do powodzenia misji. Czyli właściwie nic nowego, nic niezwykłego, tego rodzaju filmów było już na pewno wiele. Jednak jest w nim coś co przyciąga. Coś co sprawiło, że chyba jednak obejrzę go sobie niedługo jeszcze raz. Wydaje mi się, że jest to aktorstwo. DiCaprio gra podobnie do “Inflirtacji” czy “Krwawego diamentu” ale ogłada się go bardzo dobrze i czujemy tą postać. Crowe nie szokuje, gra na poziomie i nie razi. Jest po prostu twardym szefem agencji wywiadowczej i jest w tym dobry. Pojawia się za to jeszcze jeden aktor, którego ostatnimi czasy często widujemy w kinie. Brytyjczyk Mark Strong (znany między innymi z najnowszej adaptacji przygód o Sherlocku Holmesie) grany przez niego Hani, szef agencji wywiadu w Jordanii to moim zdaniem jeden z powodów dla którego warto to obejrzeć. Nie jest to może rola, która powinna być zaraz zagradzana na każdym festiwalu czy gali, ale na pewno jest ona wiarygodna i po prostu porządnie zagrana.

Nie jest to film rewelacyjny. U Scotta w ostatnich latach zaobserwowałem raczej tendencje spadkową jeśli chodzi o jakość jego filmów (może “Prometeusz” czyli nowy film ze świata Obcego to zmieni) ale w “W sieci kłamstw” jest chyba jego najlepszym obrazem od czasów “Helikoptera w ogniu”. Jeśli już ma się ochotę na tego rodzaju kino to raczej człowiek się nie wynudzi. Dla DiCaprio, Crowe’a i Strong’a warto go obejrzeć. Ja obejrzałem z “małym” poślizgiem, ale nie żałuję