THOR

Przyszła wiosna, zrobiło się ciepło (pomijając ten mały epizod ze śniegiem) i chce się wychodzić z domu. Ja przez to mam jeszcze większą ochotę, żeby wieczorem zrobić sobie małe wyjście do kina. W zeszłym tygodniu wybrałem się między innymi na nową adaptację komiksu Marvela „Thor”.

Przyznam się, że trochę na ten film czekałem, jak z resztą na każdą adaptację komiksu, a wiąże się to z kilkoma rzeczami. Po pierwsze jako dziecko i nastolatek byłem fanem komiksów, a nawet teraz jak jakiś wpadnie mi w ręce to z chęcią przejrzę, więc siłą rzeczy chcę zobaczyć jak zostanie to przeniesione na ekran. Czy bohaterowie będę się zachowywać w ruchomym obrazie tak jak sobie to wyobrażałem oglądając kolorowe strony z dialogami w chmurkach? Czy twórcy wiernie odwzorują to co pojawiało się w komiksie, czy będą się go trzymać czy może stworzą jakąś nową oddzielną historię? Po drugie, w dzisiejszych czasach technologia wykorzystywana w filmach jest bardzo zaawansowana i pozwala na stworzenie tego magicznego świata, który mogliśmy zobaczyć  komiksie. Jedni superbohaterowie latają, inni strzelają pajęczyną i chodzą po ścianach budynków, a jeszcze inni przechodzą rozmaite mutacje i metamorfozy. Dlatego każdy następny film z nimi niesie ze sobą to pytanie „a jak oni zrobili to, a jak to?”. Przyznam, że twórcy „Thora” poradzili sobie całkiem nieźle.

Na rynku amerykańskich komiksów od blisko stu lat mamy dwa liczące się wydawnictwa komiksów: Marvel i DC Comics. Oba od lat mają także swoje odziały odpowiedzialne za ekranizacje przygód swoich bohaterów. Mieliśmy już dawniej takie filmy; „Superman” z Christopherem Reeve czy „Batman” Tima Burtona. Pojawił się kiedyś nawet „Spiderman” ale był on tak nieudolny, że nawet nie warto sobie nim zawracać głowy (Człowiek-Pająk użył pajęczyny dwa razy i to żeby przeskoczyć dołek czy kałużę…). Ale to dopiero w minionej dekadzie kino spod znaku komiksowych superbohaterów przeżywa prawdziwy rozkwit. Nie było chyba roku w którym taki film by się nie pojawił. O ile DC Comics nie wypuściło takich filmów za wiele (przychodzi mi do głowy tylko nieciekawy „Superman: Powrót” oraz rewelacyjne dwie części „Batmana” Christophera Noala – w przyszłym roku trzecia część!) to Marvel się nie obija. Wszystko zaczęło się od trylogii filmów o Spidermanie oraz X-Men’ach, później dwie części Hulka (z czego druga była restartem, gdyż pierwsza wyszła bardzo słabo). Jedne filmy były dobre, drugie gorsze, myślano nawet o zawieszeniu planów na nowe filmy tego gatunku. Ale powstał „Iron Man” z Robertem Downey Jr, który okazał się rewelacyjny i już było wiadome, że trzeba się skupić na nowych produkcjach. Powstał „Iron Man 2”, teraz wspomniany „Thor”, w tym roku zobaczymy również „Kapitana Amerykę” a w przyszłym roku „The Avengers”, który to będzie filmem w którym pojawią się ważniejsi bohaterowie Marvela. Generalnie ekranizacje komiksów, nawet tylko te z ostatnich dziesięciu lat, to temat na osobny tekst, więc czas powrócić do „Thora”.

Przyznam się szczerze, że nigdy nie byłem specjalnie zżyty z tą postacią. Nie to, że jej nie lubiłem, a po prostu nigdy za wiele nie czytałem jego przygód. Wiedziałem, że Thor istnieje ale to by było na tyle. Dlatego też nie miałem szczególnych obaw co do tego jak wyjdzie film, ale czekałem na niego. Za kamerą stanął rewelacyjny Kenneth Branagh, znany z adaptacji rozmaitych szekspirowskich sztuk, co już wydawało się dobrą wróżbą, że taki reżyser bierze się za taki film, więc może nie będzie to miałki film z dobrymi efektami. W głównej roli zobaczyliśmy na razie mało znanego Chris Hemsworth (ja widziałem go tylko w pierwszych dziesięciu minutach ostatniego „Star Treka”), partnerują mu piękna Natalie Portman oraz widoczny na drugim planie Stellan Skarsgård.

Aktorstwo nie zawodzi, a przynajmniej w większości. Thor jest dokładnie taki jaki powinien być nordycki bóg, a zwłaszcza bóg piorunów – silny, pewny siebie, lekko (no może wyszło trochę bardziej) arogancki. Powinna emanować z niego moc i tak też jest. Widać, że Hemsworth chyba najbardziej skupił się na swojej roli. Mamy tu też Odyna, władce krainy Asgard, ojca Thora, którego gra Sir Anthony Hopkins – jego aktorstwo to oczywiście perfekcja, nie ma się do czego przyczepić. No i jeszcze brat Thora, Loki. Grany przez Tom’a Hiddleston’a, który również jest aktorem idealnym do tej roli. Małe role, przewijające się w filmie również trafione, jak choćby Ray Stevenson, którego można znać z jednej z głównych ról w rewelacyjnym serialu „Rzym” w „Thorze” zagrał jednego z przyjaciół głównego bohatera. Jedna osoba zaskakuje. Negatywnie. I jest to ktoś, po kim spodziewałem się naprawdę czegoś więcej. Mowa o Natalie Portman. Zagrała lepiej już chyba nawet w ostatnim „Sex Story”. Była tu bardzo niewyraźna, nie pokazała na co ją stać. Jedyny co zobaczyliśmy to uśmiech i skryta fascynacja Thorem, która przemieniała się stopniowo w uczucie. Niby nie jest to głęboki film więc czym by tu zaskakiwać aktorsko? Ale jednak Chris Hemsworth pokazał, że się da.

Co jest plusem tego filmu? Na pewno na uznanie zasługuje scenografia, a przynajmniej ta w Asgardzie. Świetna wizja tej krainy i naprawdę bardzo oryginalna. Bardziej spodziewałbym się zimnych murów wielkiego pałacu, gdzie odbywają się wielkie uczty, bogowie zajadają mięsiwa i popijają to wszystko pucharem piwa. A zobaczyłem piękny, słoneczny i kolorowy świat, będący połączeniem średniowiecza ze światem zaawansowanym technologicznie. Bardzo ciekawy efekt.

Ciekawe były również zawiązania do innych produkcji Marvela i ich bohaterów, z którymi spotkamy się za rok w „The Avengers”.

Nie jest to film, po którym moglibyśmy się spodziewać nie wiadomo czego. Mamy ciekawych bohaterów, dobry humor, perfekcyjne efekty specjalne (poważnie, nie ma się do czego przyczepić, poza jedną rzeczą ale o tym za chwilę). Jest to po prostu znakomity zapełniacz czasu, gwarantujący dobrą rozrywkę. Może nie zupełnie taką jaką ofiarował „Iron Man” ale to zapewne jest związane z tym, że Downey Jr jest po prostu jedyny w swoim rodzaju. To co mnie osobiście się nie podobało to fakt, że film jest dostępny jedynie w 3D. Nie jestem fanem tej technologii i pewnie nigdy nim nie zostanę – no chyba że będzie już rozwinięta technologia bez okularów ale na to pewnie jeszcze trzeba będzie kilka lat poczekać. Gdyby film był wyświetlany również w 2D, na pewno poszedłbym właśnie na taki seans. 3D po prostu częściej przeszkadzało niż wspomagało to co widziałem na ekranie; o ile przy statycznych scenach nie było źle, tyle przy szybkiej akcji wszystko często było rozmazane i gubiłem się w tym co się dzieje na ekranie. Niestety mimo wielu minusów tej technologii, studia filmowe wciąż tworzą swoje wielkie produkcje tylko i wyłącznie w niej, dlatego nie wiem czy pójdę w w tym sezonie na dwa filmy, które bardzo chciałbym zobaczyć właśnie w kinie („Piraci z Karaibów 4” i „Transformers 3”) ale będą one wyświetlane właśnie w 3D.

Podsumowując polecam ten film wszystkim fanom komiksu ale nie tylko, bo to po prostu dobra rozrywka. Jeśli nie przeszkadza Wam efekt 3D oraz drogie bilety to przejdźcie się do kina, ale moim zdaniem można spokojnie się wstrzymać i poczekać aż film wyjdzie na DVD i Bluray, żeby obejrzeć go sobie w domu na wygodniej kanapie.

PS: „Thor” mimo że trwa praktycznie dwie godziny, mógłby być spokojnie o 30 minut dłuższy. Dłuższy i w 2D, wtedy byłby to naprawdę jeden z największych hitów tego roku…