Nieściszalni

Ostatnimi czasy jakaś taka bida w polskich kinach. Zawsze niby jest na co pójść ale na razie brak (przynajmniej dla mnie) takich wyczekiwanych premier. Ale może to i dobrze. Jest to okazją aby odpocząć trochę od blockbusterów zza wielkiej wody i obejrzeć coś rodzimej produkcji lub chociaż film europejski, który zapewni nam dobrą rozrywkę ale na trochę innym poziomie niż obrazy charakteryzujące się masą efektów specjalnych. Korzystając z tego, że odkryłem niedawno pewne kapitalne wręcz miejsce do oglądania filmów (ale o nim dokładniej w osobnym tekście) wybrałem się tam na szwedzką produkcję zatytułowaną „Nieściszalni” (wcześniej film był przetłumaczony jako „Brzmienie hałasu”), która pojawiła się między innymi na zeszłorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego i zdobyła tam nagrodę publiczności.

Za scenariusz i reżyserię odpowiada szwedzki duet Ola Simonsson i Johannes Stjärne Nilsson. Po samym fakcie, że jest to kino skandynawskie można poznać, iż nie jest to film zwyczajny. Idąc na niego nie miałem specjalnych wygórowanych wymagań, chciałem po prostu obejrzeć coś innego niż zwykle, coś co mnie zaskoczy swoją oryginalnością ale również prostotą. Trafiłem w samo sedno.

Głównym bohaterem filmu jest policjant imieniem Amadeusz, wywodzący się z rodziny muzyków; każdy w rodzinie gra na jakimś instrumencie, a brat jest nawet sławnym dyrygentem. Amadeusz nie tylko nie gra na niczym, ale wręcz nienawidzi muzyki i charakteryzuje się kompletnym brakiem muzycznego słuchu. Najlepszą muzyką dla niego jest cisza, której pragnie. To już samo w sobie jest śmieszne. Praca policjanta polega na łapaniu przestępców, a na jaką sprawę może trafić policjant, który nie odróżniłby Mozarta od Black Sabbath? Otóż Amadeusz zaczyna śledztwo w sprawie muzycznych terrorystów; grupa szczęściu muzyków (w tym pięciu perkusistów) rozpoczyna akcję, podczas której „terroryzują” miejsca takie jak szpitalna sala operacyjna, bank czy elektrownia, poprzez granie swoich utworów na tym, co im akurat w tych miejscach wpadło w ręce. Taki jest główny pomysł tego filmu.

I sprawdza się on rewelacyjnie. Obraz w moim odczuciu jest jednym wielkim absurdem, no bo czy normalnie wpadlibyśmy na tym by zagrać na człowieku uśpionym na stole operacyjnym lub wybijać rytm koparkami? Nie. I to było coś czego potrzebowałem. Film który w prostu sposób zaskoczy mnie i spowoduje uśmiech na mojej twarzy. Broni się znakomicie. Przede wszystkim kapitalne są kreacje aktorów, którzy podczas tych wszystkich dziwnych rzeczy pokazują nam jak poważnie to traktują. Przez to się w ich role wczuwamy. Po drugie, film ma jedno dość proste przesłanie: muzyka to nie tylko wspaniałe filharmonie, profesjonalne studia i drogie instrumenty. Jeśli czujemy muzykę w sobie, jeśli po prostu nasze serce wygrywa Ten rytm, to zagrać możemy dosłownie na wszystkim i wszędzie. Ja tak ten film odebrałem głównie dlatego, że sam jestem ogromnym fanem muzyki, zwłaszcza muzyki rockowej, więc przyznam że podczas solówek na perkusjach nogą mi chodziła.

Nie jest to film dla każdego, ale na pewno na każdym zrobi jakieś wrażenie; jednych zachwyci, a drugich zadziwi ten absurd. Jeśli jednak podobali się komuś „Kontrolerzy” czy „Bazyl, człowiek z kulą w głowie” to „Nieściszalni” zdecydowanie przypadną mu go gustu.

PS: Nie wiem jak w innych miastach ale w Warszawie film jest wyświetlany chyba głównie w kinach studyjnych.