Transformers 3

Tekst ukazał się również w najnowszym numerze MY21.

Doskonale pamiętam jak w lecie 2006 roku będąc w kinie, podczas przed-filmowych reklam leciał teaser „Transformers”. Pomyślałem wtedy, że to straszna głupota robić z tego film fabularny i że chyba w Hollywood skończyły się pomysły (chociaż takie myśli to powracały do mnie już od jakiegoś czasu). Nie zwróciłem wtedy jednak uwagi na to, kto jest odpowiedzialny za ten projekt i kiedy zobaczyłem nazwisko Bay, Michael Bay (odpowiedzialny wcześniej m.in. za „Armageddon”, „Pearl Harbor” czy „Wyspę”) wiedziałem, że coś z tego będzie. Pikanterii dodawały pojawiające się z czasem trailery i rozmaite materiały promujące film. Nadszedł czas kiedy to obraz wszedł na ekrany kin. Po wyjściu z seansu człowiek miał na twarzy wyraz pt „WOW!”. Szczególnie fani Transformerów (tacy jak ja, którzy w dzieciństwie mieli zabawki przedstawiający roboty lub oglądali kreskówki z ich udziałem) byli najbardziej zadowoleni, szczególnie widząc jak szczegółowo zostały zrealizowane same roboty, ale także z humoru jaki towarzyszył przez czas projekcji. Aktorzy sprawili się nieźle, mieliśmy fajne samochody, akcję, czyli po prostu dobrą rozrywkę.

Po takim sukcesie było pewne, że powstanie druga część. I znów, atmosferę podgrzewały trailery, zdjęcia, wywiady i wszelkie promocje, aż w końcu nastała premiera. Wielu osobom ten film się wybitnie nie podobał, krytykowali go za beznadziejny scenariusz, bardzo słabą grę aktorską (żeby było jasne w pierwszej części też wybitna nie była, ale dawała radę), zbyt wielki chaos, który panował na ekranie i wiele innych rzeczy. Ale ja z kina wyszedłem zadowolony. Oczywiście, miałem uczucie, że jest gorszy od „jedynki” ale nadal się świetnie bawiłem.

Nie było wiadome na początku czy powstanie trzecia część. Głównie fani protestowali, że na tej słabej, drugiej części seria powinna się zakończyć, po w razie kolejnego filmu, będzie zapewne jeszcze gorzej. Przyznam, że sam miałem takie obawy odkąd podano oficjalnie, że jednak „trójka” powstanie. Później okazało się, że nie wystąpi uwielbiana przez męską część widowni Megan Fox (ja się akurat ucieszyłem, bo mnie się nie podoba ani jej uroda, ani „gra” aktorska), więc zaczęło się pojawiać co raz więcej wypowiedzi, że film będzie naprawdę słaby. Na dodatek film miał powstać w technologii 3D. I tego obawiałem się najbardziej. Nie lubię 3D, jedyne jakie mi się naprawdę podobało to to widziane w „Avatarze”. Sama wiadomość zdziwiła mnie tym bardziej, iż Michael Bay przez bardzo długi czas zarzekał się, że nie nakręci filmu w tej technologii i opierał się naciskom wytwórni. Była nawet groźba, że całkowicie zrezygnuje z projektu. Jak widać, każdy ma swoją cenę.

Jednak gdy zobaczyłem pierwszy zwiastun „Transformers: The Dark of the Moon” (u nas to po prostu „Transformers 3”) pomyślałem, że to może się udać. Dlatego zarezerwowałem bilet na jeden z pokazów przedpremierowych i w zeszłym tygodniu obejrzałem.

No i mamy powtórkę z rozrywki, czyli po wyjściu z kina mamy minę „WOW!” na twarzy. Mnie osobiście film podobał się bardziej niż pierwsza część. No, może jednak są bardziej na równi. Widać, że twórcy wzięli sobie do serca narzekania fanów po„Zemście upadłych” i przyłożyli się do tego filmu. co zachwyca? Zdjęcia. Naprawdę dobre zdjęcia, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, gdy akcja przenosi się do okupowanego przez Deceptikony Chicago. Tam też najbardziej zachwycają nas efekty specjalne, które po prostu powalają momentami na kolana. Bay pokazał, że czasami może mu coś nie wyjść, ale technicznie to zawsze robi wszystko na najwyższym poziomie. Naprawdę, w tej kwestii nie ma się do czego przyczepić. I, ku mojemu zdziwieniu, nie można się przyczepić do efektu 3D. Twórcy filmu od jakiegoś czasu oznajmiali, że to będzie coś czego jeszcze nie widzieliśmy, że to co będzie na ekranie, przyprawi nas o doznania jakich jeszcze w kinie nie zaznaliśmy. W większości jest to prawda, ale widzieliśmy – w „Avatarze”. Ale od tamtego czasu 3D stało się bardzo modne i bardzo słabe. Co prawda, większość ujęć była tu kręcona tradycyjnymi kamerami, a potem tylko konwertowana do 3D, ale nawet to zostało tu zrobione znakomicie. Tego po prostu nie dało się zrobić lepiej. Oczy się nie męczyły, obraz przy większej ilości akcji nie był rozmazany (tak jak miało to miejsce w „Thorze”), nawet nie był tak ciemny jak w reszcie tego typu produkcji. Wszystko było wyraźne, spójne i przyjazne dla oka. Ale żeby było jasne, nadal nie jestem zwolennikiem tej technologii. Uważam, że ten film będzie się wręcz genialnie prezentował w 2D i 1080p na ekranie telewizora, ale po prostu po obejrzeniu filmu w tak dobrze wykonanym 3D nie żałuję, że wydałem te kilka złotych więcej na bilet.

Co jeszcze zachwyca? Na pewno samochody, zwłaszcza, że pojawiło się kilka nowych modeli. Niestety, ja nadal nie wiem skąd się te nowe Autoboty biorą! Tak samo jak nie wiem, skąd wzięły się te wszystkie Deceptikony na Księżycu. Ale o tym lepiej nic więcej nie wspominać, bo nie wszyscy widzieli.

Aktorzy w większości pojawili się ci sami co w poprzednich częściach, ale zobaczyliśmy również kilka nowych twarzy. Oczywiście najbardziej rzucającą się w oczy jest Rosie Huntington-Whiteley, która zastąpiła Megan Fox. Według mnie to zmiana na duży plus. Gwiazdka wybiegów i reklamówek Victoria’s Secret (Bay nakręcił kilka reklamówek tej firmy i bodajże tam wypatrzył nową dziewczynę do swego filmu) gra co prawda tak samo „drewnianie” jak jej poprzedniczka ale moim zdaniem prezentuje się o wiele lepiej. Męska część widowni (nawet ta, która woli  Megan) na pewno doceni to jak Rosie wygląda i że bez niej ten film byłby o wiele gorszy. Co prawda nadal nie potrafię zrozumieć, jak pośród tych wszystkich wybuchów, rozbijania się po walących się budynkach, dziewczyna może cały czas biegać w wysokich szpilkach, ale może ktoś kiedyś mi to wyjaśni. Niemniej jednak oko bardziej cieszy jej widok w szpilkach niżeli w jakichś zwykłych sportowych butach.

Mamy tu także epizodyczną rolę John’a Malkovich’a, która dla samej fabuły była zbędna, ale zapada w pamięć. Nową postać, która w sumie od początku nie wzbudza sympatii, gra Patrick Dempsey, którego większość zna z serialu „Chirurdzy”. Tradycyjnie rozśmiesza nas John Turturro, jako agent Simmons, rodzice Sam’a oraz właśnie Sam którego po raz kolejny gra Shia LaBeouf. Jednak w tej części Sam a już trochę bardziej dojrzałem problemu oraz sam jest dojrzalszy niż w poprzednich częściach.

„Transformers 3” nie zawodzi, a mnie nawet pozytywnie zaskoczył. Dostałem dobrą rozrywkę na wysokim poziomie, nie pożałowałem pieniędzy wydanych na bilet i wyszedłem z kina z jedną nową myślą: o ile po wyjściu z seansu drugiej części było mi obojętne czy powstanie następna czy nie, o tyle po tym co zobaczyłem teraz chcę „czwórki”! Jeśli tylko utrzymają ten poziom. Polecam ten film z czystym sumieniem, jeśli jeszcze go nie widzieliście to obejrzyjcie jak najszybciej.

Na koniec jeszcze dodam kilka słów a propos 3D. Ja oglądałem film na tradycyjnej sali, w której było 14-15 rzędów, siedziałem w rzędzie nr 9, ale spokojnie mógłbym usiąść w rzędzie nr 7. Najlepiej siedzieć tak by wzrokiem obejmować cały ekran ale nic więcej. Słyszałem również opinie, że świetnie się go ogłada w kinie IMAX, więc jeśli macie możliwość to idźcie na taki seans, siadając mniej więcej w środkowych rzędach (nie na samej górze!).