Larry Crowne

Tekst ukazał się w najnowszym numerze MY21.

On, Tom Hanks, jeden z największych aktorów Hollywood, który jako jeden z nielicznych zdobył Oscara dwa lata z rzędu. Ona, Julia Roberts, jedna z najpiękniejszych kobiet ekranu, aktorka mająca na swym koncie masę charakterystycznych ról. Już kiedyś się spotkali na planie, lecz ich wspólny występ to tylko kilka minut w całym filmie. Teraz widzimy ich znacznie dłużej, w komedii, w której Hanks nie tylko zagrał, ale także wyreżyserował, napisał scenariusz oraz wyprodukował.

Larry Crowne – uśmiech losu to komedia łatwa, prosta i przyjemna. Opowiada ona historię Larry’ego, który po służbie w Marynarce pracował wiele lat w sklepie typu Wall Mart, ale niestety zostaje zwolniony gdyż nie miał ukończonych studiów i kierownictwo sklepu nie mogło mu zagwarantować dalszego rozwoju. Podłamany sytuacją, nie mogąc znaleźć nowej pracy,postanawia wznowić edukacje i zapisuje się na zajęcia w pobliskim collage’u. Jeden z kursów prowadzi piękna Mercedes Tainot (Julia Roberts), która jak można się było domyśleć, szybko oczarowała głównego bohatera. A dalej to już podobny schemat jak w większości tego typu produkcji.

Lecz jest coś, co o odróżnia ten film o innych komedii (czy ona taka romantyczna to ciężko stwierdzić dlatego nie użyłem tej nazwy) z ostatnich lat – morał. Tak, komedie z morałem to taka rzadkość w dzisiejszych czasach. Morał ten nie jest szczególnie odkrywczy, ale dość ważny, gdyż często o tej prawdzie zapominamy. Zawsze jest czas by zacząć od nowa, nigdy nie jest za późno. Właśnie to niesie ze sobą ten film. Możemy stracić wszystko; dom, pracę, nawet rodzinę czy przyjaciół, ale zawsze znajdą się nowi ludzie, nowe budynki, nowe posady. Musimy tylko tego chcieć, nie poddawać się i iść dalej przez życie z uśmiechem na ustach, nawet kiedy jest to bardzo trudne.

To wspaniałe życiowe odkrycie jest nam podane w bardzo przyjemny sposób; nie ma tu nic na siłę, lubimy głównych bohaterów, a wszystko co się dzieje na ekranie oglądamy z zainteresowaniem. Ale nie jest to komedia, na której od początku do końca będziemy trzymać się brzuch bolący nas ze śmiechu. Nie, to film na którym owszem pośmiejemy się, ale także wzruszymy, przez chwilę będzie nam smutno, a i lekka złość może się w nas pojawić. Scenariusz jest spójny, aktorzy sprawdzili się znakomicie, zarówno główni jak i ci których widzimy na drugim planie. Tu należy wspomnieć głównie o sąsiedzie Larry’ego, którego gra Cedric the Entertainer, uroczej koleżance z uczelni granej przez Gugu Mbatha-Raw czy prowadzącym kurs ekonomii w którego wcielił się George Takei. Pojawiły się również dwie postaci, które może nie wprowadzają bardzo wiele do samego filmu, ale chciałbym o nich wspomnieć, a właściwie o dwóch aktorach, którzy się w nie wcielają. Są to Bryan Cranston, znany i nagradzany za swoją rolę w serialuBreaking Bad oraz Wilmer Valderrama, czyli Fez z kultowego już serialu Różowe lata 70-te. Może nie byli oni w tym filmie niezbędni, ale na pewno ich obecność nam nie przeszkadza.

Cały film jest po prostu przyjemny. Ja nie wyszedłem z kina zawiedziony, nie byłem też jakoś przesadnie szczęśliwy. Obejrzałem fajną komedię, która w większości wywoływała uśmiech na mojej twarzy, ale także pozwoliła emocjom odrobinę po balansować oraz skłoniła do myślenia. Przypomniała mi, że życie nie zawsze idzie zgodnie z planem, a jest głównie po to by się z niego cieszyć. Należy pamiętać, że nawet jak o czymś zapomnimy za młodu lub nawet jak życie potoczy się tak, że zapomnimy o naszych marzeniach, to zawsze będziemy mieli czas żeby sobie o tym przypomnieć i to zrobić. Musimy tylko tego chcieć.