Limitless – a po polsku Jestem Bogiem

Jeden ze znajomych właśnie oznajmił na jednym z portali społecznościowych, że ogłada film który chciałem opisać już jakiś czas temu ale oczywiście tego nie zrobiłem. Dlatego postanowiłem teraz to nadrobić, więc nie zwlekając dłużej przedstawię moje wrażenia względem filmu „Jestem Bogiem” („Limitlness”)

Gdy będąc pewnego razu w kinie zobaczyłem zwiastun tego filmu, od razu mnie zaciekawił; pomysł na fabułę wydał mi się bardzo interesujący, dwaj główni aktorzy, których mogę zaliczyć do swoich ulubionych oraz bardzo dobra strona wizualna filmu (a przynajmniej tak wywnioskowałem z tych dwóch minut). Obraz wszedł na nasze ekrany w kwietniu, a ja mimo chęci zobaczenia go, bardzo długo nie mogłem się w ogóle na niego wybrać. W końcu, jakoś w połowie maja, udało się.

Jest to opowieść o Eddiem Morra, pisarzu z potencjałem, którego kompletnie nie wykorzystuje i marnuje, tak jak całe swoje życie. Mieszka w małym brudnym mieszkaniu, pije i nie potrafi napisać nowej książki. Ale pewnego dnia jego życie się zmienia, gdy spotyka byłego szwagra, który jest w posiadaniu pewnego leku/narkotyku pozwalającego człowiekowi wykorzystywać 100% swojego mózgu. Bohater, początkowo sceptycznie nastawiony do wszelakich „chemicznych wspomagaczy”, ostatecznie zażywa tajemniczą tabletkę i od tej pory wszystko stało się inne, jasne i proste. Bez nawet najmniejszego problemu był w stanie napisać w ciągu jednej nocy sporą część swojej książki. Niestety, kiedy lek przestał działać znów stał się zwykłym nieudacznikiem, dlatego udał się do źródła po więcej.

Jak można się domyślić, zaczął go w końcu brać regularnie, uzależniając się kompletnie przy tym i wykorzystując w pełni możliwości jakie mu to dawało. Szybko się uczył, zaczął zarabiać pieniądze, zmieniać swój standard życia. Ale jak to mówią „z wielką mocą, wiąże się wielka odpowiedzialność” i Eddie zaczął wpadać w pewne kłopoty. Na dodatek źródełko zaczęło wysychać. Ale nie będę odbierał nikomu przyjemności z oglądania, bo naprawdę warto, więc w kwestii fabuły już zamilknę.

„Jestem Bogiem” to jeden z niewielu filmów w tym roku, po którym jak wyszedłem z kina nie czułem się zawiedziony. Mało tego, byłem mile zaskoczony. Spodziewałem się czegoś co będzie się tylko dobrze zapowiadać, a wyjdzie „jak zwykle”, a tu proszę; ciekawy pomysł okazał się ciekawie zrealizowany. Film nie nudzi, właściwie od początku do końca oglądamy go z zaciekawieniem i zastanawiamy się jak główny bohater wyjdzie z danej sytuacji. Przy tym wszystkim bawimy się znakomicie; jest akcja, jest humor, są niespodziewane zwroty akcji. Ale jest również coś, co często mocno kuleje w filmach tego rodzaju, a mianowicie aktorstwo. Zazwyczaj kiedy dostajemy dobre kino akcji, to otrzymujemy je w pakiecie z drętwymi aktorami, przy których zamiast cieszyć się seansem myślimy o tym, że nie warto wychodzić z kina, bo przecież zapłaciliśmy za bilet, choć siedzenie dłużej jest tylko stratą czasu. Doskonale rozumiem, że w kinie akcji najważniejsza jest akcja, ale dobrze jest zobaczyć na ekranie również trochę talentu. I w tym filmie to otrzymujemy. Bradley Cooper nadaje się do takich ról idealnie. Nie jest to może aktor, który sprawdziłby się w roli Hamleta, ale to co pokazuje w takich produkcjach po prostu do niego pasuje. Postacie przez niego grane są wiarygodne, a my dzięki temu dobrze się bawimy. Widać, ze aktor ten staje się co raz bardziej popularny w Hollywood, więc na pewno w tym i przyszłym roku zobaczymy jeszcze nie jeden film z jego udziałem.

Mamy tu również dobrą role drugoplanową w wykonaniu Roberta De Niro. Nie jest to może szczyt jego możliwości, bo bądźmy szczerzy, im starszy tym gorzej wybiera role, ale ta była naprawdę jedną z lepszych w ciągu ostatniej dekady. Tradycyjnie jego postać budzi w nas pewną sympatię, nawet jeśli na jego twarzy widzimy minę zimnego sukinsyna. Taki już jest De Niro. I myślę, że w tym filmie pokazał, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

Warto zobaczyć ten film. Warto, bo jest to po prostu dobre kino akcji, z dobrym scenariuszem, dobrze zagranymi postaciami i trzymające w napięciu. Na mnie zrobił wrażenie również montaż filmu, ale żeby zrozumieć o co mi chodzi, trzeba go zobaczyć. Zapewne niebawem pojawi się na rynku DVD i BD więc jeśli będziecie mieć okazję, to kupcie/wypożyczcie i obejrzyjcie. Nie zawiedziecie się, jeśli szukacie czegoś dobrego na wieczór z misą popcornu i napojami. Ale żeby nie było za pięknie to przyczepię się do dwóch rzeczy: od połowy filmu, jego poziom trochę spada, więc ostatecznie można dojść do wniosku, że twórcy nie wykorzystali w pełni jego potencjału; dlaczego ktoś znów położył tłumaczenie i z „Limitless” zrobił „Jestem Bogiem”?…