Scream 4 – krzyknijmy po raz czwarty

Lubicie horrory? Ja bardzo, choć w ciągu ostatnich dziesięciu lat nowe produkcje nie uraczyły mnie niczym dobrym. Jest to trochę dziwne, gdyż każdego roku w „Hellwood” powstaje naprawdę dużo tego typu filmów, ale niestety, są one w większości marne. Co więcej, prawie wszystkie były remake’ami starych, klasycznych już slasher’ów*; Piątek 13-tego, Halloween, Teksańska masakra piłą mechaniczną czy Koszmar z ulicy Wiązów. Chociaż muszę przyznać, że obie części nowego Halloween w reżyserii Roba Zombie były całkiem udanymi filmami – na pewno pod względem brutalności i realizmu. W tym roku do kin zawitał kolejny slasher, lecz już nie remake, a sequel – Krzyk 4.

Wes Craven, ojciec chrzestny slasher’ów, który stworzył takie filmy jak Ostatni dom po lewej, Wzgórza mają oczy czy kultowy już Koszmar z ulicy Wiązów, powraca. W 1996 roku spod jego rąk wyszedł film, który wniósł do gatunku pewien powiew świeżości; był kolejnym filmem, gdzie morderca wybijał kolejno swoje ofiary, ale miał też przy tym taką fajną nutkę komizmu. Co lepsze, naśmiewał się z gatunku, który sam reprezentował. Było w nim wiele kwestii o tym, jakie to w horrorach obowiązują zasady, kiedy kto ginie i w jakich okolicznościach najczęściej. Miało to niewątpliwie swój urok, a sam film odniósł spory sukces i osiągnął status kultowego (na pewno przez niektórych jest za taki uznawany, w tym przeze mnie). Praktycznie każdy skojarzy z jakiego filmu jest ta charakterystyczna maska.

W następnych latach Krzyk doczekał się dwóch kontynuacji, które jednak były dość słabe. Dla mnie tak słabe, że nawet nie bardzo pamiętam o czym opowiadała ich fabuła. Zwłaszcza trzecia część została dość ostro potraktowana przez krytyków (choć moim zdaniem była lepsza od drugiej części) i wydawało się, że to już koniec serii. W między czasie pojawiało się wiele plotek o powstaniu „czwórki”, lecz często były one dementowane przez samego Wes’a Craven’a. Później natomiast oznajmił on, że jeśli tylko znajdzie się dobry scenariusz, a oryginalna obsada (ci bohaterowie, którzy przeżyli trzy poprzednie części) zechce zagrać, to on ten film zrobi. Scenariusz się znalazł, aktorzy podpisali kontrakty, film powstał. Z jakim efektem?

Przyznam, że bardzo ostrożnie podchodziłem do tego tytułu. Uwielbiam część pierwszą, głównie za wspomnianą świeżość i za to, że kojarzy mi się z moimi latami młodości (nie, to nie tak, że ganiał mnie facet w masce i nożem w ręku, tylko oglądałem go będąc dzieciakiem), a że poprzednie kontynuacje lekko popsuły serię, bałem się że ta będzie jeszcze gorsza i została nakręcona jedynie dla napełnienia kieszeni twórców. Obejrzałem i… bardzo mile mnie to wszystko zaskoczyło. To jest naprawdę dobra kontynuacja. Może nie jest to film świetny, ale na pewno dobry i lepszy od „dwójki” i „trójki”.

Krzyk 4 opowiada o tym jak Sidney Prescott wraca do rodzinnego miasteczka promować swoją książkę i jak nietrudno się domyśleć, zbiega się to z nową serią morderstw. Sam film jest jakby hołdem złożonym pierwszej części. Ba, jest do niej bardzo podobny, a w niektórych momentach niemal identyczny. Nie przeszkadza to jednak w dobrej zabawie, która polega nie tylko na przezywaniu strachu (choć mnie ciężko się na tym bać) i próbie odgadnięcia kto jest mordercą (wbrew pozorom nie było to takie oczywiste), a właśnie na wychwytywaniu tych wszystkich odniesień do poprzednich części, a zwłaszcza pierwszej oraz pewnego wyśmiewania się z całego gatunku. Tak, to jest film który może nas nie tylko przestraszyć, zaskoczyć ale również w pewnych momentach rozbawić. Dokładnie tak jak „jedynka”. David Arquette jako Dewey nieco spoważniał w swojej roli, ale nadal potrafi doprowadzić do uśmiechu na naszych twarzach.

Krzyk 4 to nie jest film, który spodoba się osobom ceniącym wszystkie części Piły czy wszystkie te nowe horrory. To film dla wielbicieli gatunku, którzy z nostalgią wspominają wszystkie klasyki, a szczególnie serię Krzyk. To powrót do jej korzeni i naprawdę dobre zakończenie całej historii. Mam nadzieję, że już jej nie będą wskrzeszać, choć w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo. Pomimo tego, że momentami seans się lekko dłużył, to dobrze się bawiłem, wspominając jednocześnie film uwielbiany przeze mnie wiele lat temu. Aż chyba niebawem zrobię sobie maraton wszystkich części. Może nawet znów krzyknę ze strachu na niektórych scenach.

A wielbicielom serialu True Blood i tym, których momentami niemiłosiernie wkurza Sookie, spodoba się na pewno jedna z początkowych scen. 😉

*(za Wikipedia) slasher to rodzaj horroru filmowego o charakterystycznej fabule, w której liczba bohaterów zmniejsza się w “dziwnych” okolicznościach.

  • http://helammz-obserwuje.blogspot.com/ Żaneta

    hmmm krzyk 4 – obejrzany dokładnie wczoraj.
    mamy przejemność spotkać troszkę odrestaurowane wersje naszych aktorek; jako przykład podam niegdyś ładniutka, fajnutką, pedantyczną “friends” Courtney Cox. Widać, że jest lekko ponaciagana na buźce, ale gra jak zwykle jeżeli chodzi przynajmniej o “raz dwa trzy krzyknij TY”.
    nie znam sie może tak dobrze na filmach jak Yasiek:) ale obejrzawszy ten film stwierdzam, że nie ma się aż tak bardzo do czego przyczepić; są motywy jak z każdej cześći typu: “jaki jest tytuł Twojego ulubionego horroru?”; jest dziennikarska pasja Gale; jest szeryf Riley i oczywiście nazwana niegdyś “umęczoną” chyba z racji miny przechądzacą zwyciesko przez wszystkie cześci Sidney.
    “trylogia” tak jakby dotyczyła głównych bohaterów i ich przyjaciół, tutaj mamy też przyjemność poznać siostrę Sidney…dość…no sami zobaczycie jaką…:)

    Reasumując nie byłam zbytnio przekonana co do tego tytułu; pomyślałam sobie, że już dwójeczka i trójeczka mnie umęczyły…a tutaj kolejna część…ale z zaskoczeniem przyznam że warto było jeszcze raz spojrzeć w białą maskę mordercy, wsłuchać się w dźwieki “cięcia”, zobaczyć starych, ale wciąż jarych aktorów…

    czy polecam? oglądaliście jak niegdyś myślalam trylogie to zobaczcie i kontynuację…

    • yasiek

      Ale ja się nie znam na filmach. Ja ich tylko dużo oglądam 😉
      Tak jak pisałem, jest to fajna cześć, będąca fajnym ukłonem w stronę “jedynki” i niezłym filmem na wieczór. Na pewno wolę Krzyk 4 niż Piłę 48.