Unstoppable – niepowstrzymany, który jednak uległ

Czy tylko ja mam wrażenie, że ostatnio nie ma nic nowego i ciekawego do oglądania? A jak już znajdzie się coś na co ma się ochotę, to okazuje się to klapą? Ostatnio włączyłem film Super o którym wspominałem w drugim odcinku podcastu, ale obejrzałem 25 minut, po czym wyłączyłem. Ale nie chcę spisywać tego filmu całkowicie na starty, dlatego dokończę go innym razem.

Do kina albo nie ma kiedy iść, albo nie ma się kasy, bo bilety to w Warszawie są w takich cenach, że odpuszczając sobie kilka seansów można by za zaoszczędzone pieniądze kupić używany samochód. A jak już grają coś, co z chęcią bym zobaczył, bo mam i czas i ochotę, nawet pieniądze się na to znajdą, to okazuje się że film jest tylko w 3D. Tylko i wyłącznie, bez opcji że grają chociaż jeden seans dziennie bez trójwymiaru. Dlatego poważnie się zastanawiam nad wybraniem się na Kapitana Amerykę, choć nie ukrywam że bardzo bym chciał. Dlatego trzeba odgrzebywać jakieś stare pozycje, które kiedyś wrzuciło się na listę oczekujących, po czym o nich zapomniało. Ostatnio wygrzebałem jedną taką pozycję – Unstoppable.

Zachęta do filmu nr 1 to Danzel Washington, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Zachęta nr 2: Chris Pine, którego większość może kojarzyć z ostatniej, nowej części Star Trek, w której to grał kapitana Kirk’a. No i zachęta nr 3: Tony Scott w roli reżysera – brat Ridley’a, który to robi wielkie oszałamiające superprodukcje, a Tony specjalizuje się filmach akcji. Trzy całkiem niezłe powody by włączyć sobie film w niedzielne popołudnie, które… po obejrzeniu wcale nie stało się lepsze.

To już któryś film z kolei duetu Washington-Scott; Karmazynowy przypływ, Człowiek w ogniu czy Déjà Vu to przykłady naprawdę dobrego kina akcji, ale ostatni Metro strachu (Scott jest chyba fanem pociągów) był nieco gorszy, choć widziałem gorsze. Dlatego podszedłem do Unstoppable z nadzieją, że będzie to coś mocnego. Dodatkowo ten Chris Pine, który w Star Trek pokazał na co go stać. Ale cóż, wyszło jak zwykle, bo na nadziejach się skończyło.

Film nie ma zaskakującej fabuły; mamy rozpędzony pociąg z wagonami pełnymi łatwopalnych substancji, który pędzi po torach w kierunku miasta i oczywiście nie można go zatrzymać. Ale, i tu niespodzianka, znajdują się dwaj śmiałkowie, którzy postanawiają podjąć ryzykowną  próbę powstrzymania zagrożenia. Jak to się kończy to pewnie też wszyscy się domyślają.

Danzel po raz kolejny gra praktycznie tak samo, zmieniają mu się tylko scenerie i kostiumy, Pine miał mało wymagającą rolę, w której właściwie nie mógł się pokazać, a Tony Scott niczym mnie nie zaskoczył; ani fabułą, ani reżyserią, zdjęciami czy efektami. Po cichu liczyłem na dobre kino akcji, a otrzymałem niemal dwugodzinny(!) zapis tego, jak pociąg jedzie z punktu A do punktu B. Gdyby to był film instruktażowy PKP to trwałby zapewne 15 godzin i jeszcze zacząłby się z opóźnieniem. Mimo że nie jest to jakieś wyjątkowe „dzieło” to da się to obejrzeć, ale lepiej kimś, bo samemu można się momentami straszliwie wynudzić.

Podchodząc jednak do filmu z rezerwą, chcą po prostu obejrzeć coś niewymagającego i będącego dobrą „zapchajdziurą” można być zadowolonym z seansu.

Patrząc jednak na pogodę za oknem, wolę oglądać takie lekkie niewypały niż wyjść z domu, przynajmniej będzie o czym pisać.

Przynajmniej polscy dystrybutorzy nie skopali tłumaczenia.