Lucy (2014)

hr_Lucy_6 STAR_30STAR_30STAR_30half_star_30

Lucy to młoda dziewczyna, która nieszczęśliwie znalazła się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Źli panowie zaszywają jej coś w brzuchu, każą jej to przemycić, ale owe coś przez przypadek dostaje się do jej organizmu. W tym momencie zapominamy o Lucy w wersji „stereotypowa blondynka”.

Luc Besson to nazwisko, które kiedyś oznaczało sukces. Francuski mistrz kina akcji stworzył takie klasyki jak „Nikita”, „Leon zawodowiec” czy „Piąty element” i na stałe zapisał swoje nazwisko na kartach historii kinematografii. Besson wsławił się również jako producent innych znakomitych filmów takich jak „Taxi” czy „Transporter”. Niestety, w ostatnich latach jego kariera nieco przycichła. Nie oznacza to, że nie tworzył nowych filmów, ale raczej odstępowały one mocno poziomem od wcześniejszych produkcji. Teraz Luc Besson powraca i to w naprawdę przyzwoitym stylu.

Oglądając „Lucy” czuć Bessona na kilometr. Jego styl stał się na przestrzeni wszystkich tych lat dość rozpoznawalny i kiedy oglądamy ten film, wiemy dokładnie kto jest za niego odpowiedzialny. To bardzo dobrze o nim świadczy, bo dawne produkcje reżysera należą do moich ulubionych filmów gatunku i cieszy mnie niezmiernie, że znów miałem szansę obejrzeć coś w starym, dobrym stylu.

Podstawą tego filmu jest Scarlett Johansson i większość osób, przede wszystkim mężczyzn, pewnie głównie dla niej pójdzie do kina. Nie dziwi mnie to, gdyż sam jestem jedną z tych osób. Ta kobieta to chodzący seks. Jej figura, uroda, głos – to wszystko sprawia, że nie możemy od niej oderwać wzroku. W „Lucy” wykorzystuje wszystkie swoje walory w stu procentach. Dodatkowo widok Scarlett kopiącej tyłki bandziorów (zdążyła nas do tego przyzwyczaić w filmach Marvela) jest elementem całości, który jeszcze bardziej umila nam seans.

W obsadzie zobaczymy również Morgana Freemana, który gra na swoim stałym poziomie i raczej nas niczym tu nie zaskoczy. To po prostu tradycyjny już Morgan Freeman. Na dużą pochwałę zasługuje jednak Min-sik Choi – koreański aktor, którego część z Was może kojarzyć z tytułowej roli w oryginalnej wersji filmu „Oldboy”. Pomijając Johansson, to on jest w tym filmie najmocniejszym aktorskim ogniwem.

Jeśli widzieliście film „Jestem bogiem” z Bradley’em Cooperem to od razu dostrzeżecie w „Lucy” podobieństwo samego pomysłu. Besson jednak o wiele bardziej przyłożył się do rozwinięcia całej tematyki od strony naukowej. Przypomina to również nieco niedawną „Transcendencję”, choć całość ogląda się z o wiele większą przyjemnością. Aspekt naukowy jest tu wyraźnie podkreślony, ale nie staje się on podstawą całości, która przysłania wszystko inne. Jest gdzieś w tle, a my cieszymy się seansem.
Początkowo miałem wrażenie, że film jest nieco przekombinowany, że Besson przedobrzył ze wszystkim i nieco się pogubił w swoim zamyśle. Jednak po przespaniu się z myślami stwierdzam, że dobrze wiedział co robi. Film porusza również kilka wątków filozoficznych, stara się odpowiedzieć na pytania o nasz byt i w jakim kierunku zmierzamy. Zarówno w sensie egzystencjalnym jak i technologicznym (tutaj znów przychodzi na myśl „Transcendencja”). To dobrze, kiedy film akcji stawia przed nami również rozmaite pytania, na które później szukamy odpowiedzi. Kino rozrywkowe, ale nie całkowicie wydmuszkowe. To lubimy.

Tak jak wspominałem wcześniej, oglądając „Lucy” czujemy, że film zrobił Luc Besson. Reżyser dał nam to, do czego zdążył nas przyzwyczaić w filmach ze swoich najlepszych lat, czyli wartką akcję, dobry humor, a także elementy thrillera.
Nie jest to jednak film, którego jestem wielkim fanem. Nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć dlaczego. Tak po prostu jest. Jednak, jest w nim również coś, co sprawia że chciałbym do niego niebawem wrócić. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o Scarlett Johansson. Nie zamierzam również źle się na jego temat wypowiadać, gdyż jest to dobry film. Na tyle dobry, by dać nam dziewięćdziesiąt minut znakomitej rozrywki, która nie pozwala na nudę. Może momentami miałem wrażenie, że nie wszystko w nim idealnie ze sobą współgra, ale bawiłem się na nim bardzo dobrze. Film jest dla mnie przede wszystkim znakiem, że Luc Besson nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. „Lucy” pokazuję, że reżyser jest w formie i może nas jeszcze w najbliższej przyszłości zaskoczyć. „Panie rezyseze”, do dzieła!

Za seans dziękuję Cinema City!

cinemacitylogo