Dawca pamięci (2014)

STAR_30STAR_30STAR_30half_star_30DawcaPamięci_PLAKAT_Bridges

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem zwiastun tego filmu w kinie pomyślałem sobie, że może być naprawdę dobry. Później, jak zobaczyłem go jeszcze kilkadziesiąt razy, mój entuzjazm stopniowo się zmniejszał. Ostatecznie nie dość, że nie przeżyłem rozczarowania, to film niesamowicie mi się spodobał.

W ostatnich latach mieliśmy sporo „młodzieżowego Sci-Fi”, na czele z najgłośniejszymi „Igrzyskami śmierci” (jeszcze w tym roku zobaczymy trzecią odsłonę), a także tegoroczną „Niezgodną”. Oba tytuły podobały mi się umiarkowanie i bałem się, że w przypadku „Dawcy pamięci” będzie podobanie. Dodatkowo, zwiastun przypominał mi jeszcze jeden film, tym razem nie skierowany przede wszystkim do młodzieży. Był nim „Equilibrium” z 2002 roku.
W ponad stuletniej historii kina powstało setki tysięcy filmów, coraz trudniej więc stworzyć coś, co nie będzie w jakimś stopniu odtwórcze i będzie w stanie zaskoczyć widzów. „Dawca pamięci” to film, który pokazuje nam rzeczy wcześniej już znane, ale jednak robi to w sposób wciąż zapewniający nam znakomitą rozrywkę.

Film wyreżyserował Phillip Noyce, twórca tak znanych tytułów jak „Czas patriotów”, „Kolekcjoner kości” czy „Salt”. Samo nazwisko reżysera dobrze wróżyło. Podobnie jak wcześniej wspomniane filmy z młodzieżowego Sci-Fi, „Dawca pamięci” powstał na podstawie książkowego pierwowzoru. Jednak „The Giver” to książka napisana znacznie wcześniej, bo już 20 lat temu, a jej autorką jest Lois Lowry. Szkoda, że aż tyle zajęło jej zekranizowanie, gdyż widać wyraźnie, jak bardzo „Igrzyska śmierci” czy też „Niezgodna” (ten drugi tytuł chyba nawet bardziej) czerpią z historii Dawcy. Gdybyśmy zobaczyli ten film chociażby trzy lub cztery lata temu, na pewno stałby się ogromnym przebojem, a teraz obejdzie się raczej bez większego echa, jako coś co „już było”. Szkoda.

Akcja „Dawcy pamięci” rozgrywa się w nieokreślonej przyszłości, w post apokaliptycznym świecie. Nie ma tutaj chorób, cierpienia, a także emocji i wspomnień o tym, jak niegdyś wyglądał świat. Wszystkiego tego ludzie zostali pozbawieni. Pieczę nad wspomnieniami trzyma tylko jedna osoba – Biorca.
W społeczności każdy ma swoją rolę. Gdy młodzi osiągną stosowny wiek, są do danych ról przypisywani (tutaj widzimy podobieństwo do „Niezgodnej”). Naszym głównym bohaterem jest Jonasz (mało charyzmatyczny, lecz dobrze rokujący Brenton Thwaites), który zostaje wybrany na nowego Biorcę. Jego rola ma polegać na przetrzymywaniu wspomnień o dawnym świecie i służeniu radą i mądrością dla społeczności, gdy ta będzie ich potrzebować. Wyrusza na szkolenie do obecnego Biorcy (w tej roli jak zwykle niezawodny Jeff Bridges), który stopniowo przekazuje mu wspomnienia i zapoznaje z wieloma rzeczami jakie utraciło społeczeństwo – tym samym Biorca staje się Dawcą.

Całość to antyutopijny film, jakich mieliśmy już w kinie okazję zobaczyć wiele. Jednak z tych filmów, które ukazały się w ostatnich latach, ten jest według mnie najbardziej dojrzałą pozycją. Nie mamy tu bowiem budżetu znanego z „Igrzysk śmierci”. Nie ma akcji i efektywności „Niezgodnej”. Zamiast tego otrzymujemy film, który jest dość spokojny, posiada swoje swoje tempo i nie galopuje co sił w nogach, by tylko podnieść nam ciśnienie podczas seansu. Nie, to jest film, który ma pokazać coś więcej niż tylko ładne widoki. Chodzi przede wszystkim o emocje. Wizualnie film jest utrzymany w dość minimalistycznym tonie (momentami przypominała mi się „Niepamięć”). Wspomniany minimalizm znakomicie prezentuje się na ekranie i nadaje filmowi klimat, który utrzymuje się przez cały seans. Świetnym zabiegiem było wykorzystanie czarno-białych zdjęć, które nabierały kolorów gdy nasz główny bohater poznawał coraz to nowsze uczucia i emocje. Podobny zabieg miał miejsce w uwielbianym przeze mnie „Miasteczku Pleasantville”.

Dobrze napisany scenariusz, konsekwentna reżyseria i dbałość o wizualne szczegóły to nie wszystko, to cen film cechuje. Znakomicie zostali dobrani aktorzy, a przynajmniej część z nich. Jeśli chodzi o młodszych bohaterów, to nie wyróżniali się oni szczególnie. Zagrali swoje postaci tak, jak wymagał tego scenariusz, ale raczej nie zapadli mi w pamięć na dłużej. Jest poprawnie.
Nieco starsi aktorzy to już co innego. Zacznijmy od średniego pokolenia. Mamy tutaj dawno nie widzianą Katie Holmes, która niestety nadal nie jest dla mnie przekonującą aktorką, jednak w „Dawcy pamięci” sprawdziła się w swej roli. Nie okazywanie emocji wychodzi jej bardzo dobrze, a tutaj rola tego wymagała, więc cel osiągnięty. W filmie występuje również Alexander Skarsgård (najbardziej znany z roli w serialu „Czysta krew”) i nie wiem dlaczego, ale ja cały czas widziałem w nim wampira z serialu. Nie przekonał mnie, chociaż cieszy mnie to, że skoro serial się już skończył, to on zaczyna pojawiać się również w kinie. Czas jednak na wisienkę na torcie.

Wspomniany wcześniej Jeff Bridges jest jak zwykle genialny. Uwielbiam tego aktora, jego głos i sposób w jaki gra. Zawsze kiedy pojawia się na ekranie, choćby na chwilę, to nie mogę oderwać od niego wzroku. Tak jest i tym razem. Nie ma nikogo, kto nadałaby się lepiej do tej roli. Razem z Thwaitesem stworzyli naprawdę świetny duet, a ich wzajemne relacje były bardzo autentyczne, przede wszystkim za sprawą Bridgesa.
Ze „starej gwardii” występuje tu również „Cesarzowa aktorstwa”, czyli Meryl Streep. To, że zagrała świetnie jest oczywiste, dlatego nie będę się o tym dłużej rozpisywał. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że to jej pierwsza rola z ostatnich kilku lat, którą nie kradnie każdej sceny w jakiej się znajdzie. Streep daje z siebie w tym filmie wszystko, ale nie robi tego w sposób, by przyćmić innych aktorów. Muszę też przyznać, że rewelacyjnie sprawdziła się w roli niejednoznacznej antagonistki.

Przed obejrzeniem filmu czytałem sporo, głownie zagranicznych, recenzji. Nie były one przychylne. Podobnie wypowiadało się wielu polskich krytyków. Zastanawiam się, dlaczego właśnie takie były ich opinie. „Dawca pamięci” jest filmem wyróżniającym się na tle innych z tego gatunku, przede wszystkim tym, że nie chce nas jedynie oczarować efektami specjalnymi i scenami akcji. Tutaj chodzi o coś więcej. Wspomniałem, że uważam iż jest to najambitniejszy film gatunku, a wiąże się to z tym, że opowiada nam o emocjach. Nie jest przepełniony takimi hasłami jak „wolność”, „walka z systemem” itp. Pokazuje nam prostą prawdę: bez emocji i uczyć nie jesteśmy ludźmi. Ukazuje, że w naszym świecie potrzebna jest równowaga – jeśli znamy dobo, musimy znać i zło.
Owszem, „Dawca pamięci” nie jest bez wad. Mógłbym się przyczepić do końcówki filmu, która powinna nieco bardziej nabierać tempa (przynajmniej tak wszyscy by oczekiwali), ale jednocześnie cieszę się, że otrzymałem coś innego, a nie banał, który mogę obejrzeć w niemal co drugim filmie.

Według mnie Phillip Noyce zasługuje na pochwałę, że miał odwagę zrobić film inny niż jest to modne. Nie mamy tu taniego efekciarstwa i sztucznego budowania akcji. To film przemyślany, zrealizowany konsekwentnie od początku do końca. Świetny wizualnie, aktorsko znakomicie – w dwóch przypadkach, a w pozostałych przynajmniej przyzwoicie. Podchodziłem do niego bardzo sceptycznie i cieszę się, że moje podeście było błędne. Jeśli szukacie w takim kinie czegoś więcej, a nie tylko scen akcji i ładnych aktorów, to „Dawca pamięci” powinien przypaść Wam do gustu.

Za seans dziękuję Cinema City

cinemacitylogo