Ona (2013)

STAR_30STAR_30STAR_30STAR_30half_star_30

Jeśli miałbym wymienić 5 filmów, na które czekałem najbardziej przed tegorocznymi Oscarami, ten na pewno by się tam znalazł. Wraz z datą polskiej premiery oczekiwania sięgały zenitu, a moment, gdy usiądę w fotelu kinowym był niczym wyczekiwana w święta pierwsza gwiazdka. Tym bardziej ucieszyło mnie to, że się na filmie nie zawiodłem.

Za scenariusz i reżyserię filmu odpowiada Spike Jonze, który wcześniej stworzył między innymi „Być jak John Malkovich” czy „Gdzie mieszkają dzikie stwory”. Na swój najnowszy obraz „Ona” kazał nam czekać 5 lat. Poza nazwiskiem reżysera zachęcają nas przede wszystkim aktorzy: Joaquin Phoenix, Amy Adams, Olivia Wilde, Rooney Mara czy Scarlett Johansson. Jednak nie są to jedyne zalety tego filmu.

W zeszłym roku wielkie wrażenie emocjonalne wywarł na mnie najnowszy film Woody’ego Allena „Blue Jasmine”, który pod pewnymi względami dotknął mnie osobiście. W tym roku był „Zniewolony” i po raz kolejny dostałem zmiażdżony emocjonalnie. Nie sądziłem, że tak szybko otrzymam kolejną pozycję, która tak na mnie podziała. Okazało się jednak inaczej i niezwykle mnie to cieszy.

Od pierwszego momentu, w którym zobaczyłem zwiastun filmu „Ona” wiedziałem, że to dla mnie pozycja obowiązkowa. Jest to opowieść o niedalekiej przyszłości, w której pewien człowiek zakochuje się w systemie operacyjnym swojego komputera i telefonu (nazwanym w filmie OS1), który na początku przypomina Siri, jednak potrafi myśleć i rozwijać się, niczym ludzka świadomość. To bardzo uproszczony opis fabuły i może się on wydawać zabawny. Nic bardziej mylnego.

Tak naprawdę to nic nie zapowiadało tego, co zobaczymy w kinie. Pod względem fabuły nie wie- działem do końca, czego mogę spodziewać. Zwiastuny dawały nam jedynie zarys i nie ukazywały, co nas czeka. Jedynie podsycały ciekawość. I tak powinno być ze wszystkimi zapowiedziami.

Bardzo trudno jest mi napisać cokolwiek o „Niej”. Jest to na pewno spowodowane tym, iż widziałem ten film zaledwie wczoraj i jeszcze się do końca po nim nie otrząsnąłem. W związku z tym tekst ten będzie pozbawiony większych oraz głębszych analiz, a także będzie bardzo subiektywny.

Emocje to najlepsze słowo, jakie mogłoby opisać ten film. I na tym mógłbym nawet zakończyć, ale postaram się wytłumaczyć, o jakie emocje mi chodzi. Wydaje mi się, że wiele osób spodziewało się komedii romantycznej lub innego romansidła. Niestety. To nie to. Oczywiście, jest to film o miłości, ale oglądany nieco spod innego kąta. Króluje tu przede wszystkim samotność. Główny bohater jest samotny po rozwodzie. Każdy jego dzień wygląda tak samo, w jego życie wkradła się rutyna; siedzi w pracy, wraca z niej, gra w rozmaite gry, a przed snem zabawia się w sekstelefon (inaczej tego nazwać nie po- trafię). Aż w końcu pojawia się Samantha, czyli wspomniany wcześniej OS1. Nasz bohater powoli przestaje być samotny, a wręcz na nowo się zakochuje.

Samotność to takie coś, czego doświadczył każdy z nas. Jedni w mniejszym, inni w większym stopniu. Ci drudzy ten film odbiorą nieco bardziej osobiście i na pewno im się spodoba. Jednak to nie tylko samotność jest tu kluczowa. Główny bohater chce być sam. Niedawno zakończył bardzo poważny związek i nie chce pchać się w następny. Jednak nie chce być samotny. Brzmi znajomo? Dla większości z nas raczej tak. Film „Ona” napakowany jest zabiegami, które mogą wydobyć z nas wspomnienia, których nie chcemy, uczucia, o których zapomnieliśmy oraz wrażenie, że widzimy siebie na ekranie. Jednak przede wszystkim jest to film o miłości. Nie takiej, jaką znamy z komedii, gdzie wszystko jest zawsze piękne, cudowne i wspaniałe. Pokazuje nam, że miłość jest trudna. Związki to praca, bardzo ciężka. Nie zawsze wszystko układa się tak jak byśmy chcieli i nawet coś na pozór idealnego może się popsuć. To są prawdy oczywiste, jednak biją nas z ekranu bardzo mocno. Tak mocno, że chcemy się zasłaniać rękami, by więcej nas nie bolało. Jeśli twórcom i ekipie chodziło o to, że ma mnie zaboleć, to udało im się to w 100%. Joaquin Phoenix znów pokazał, że jest rewelacyjnym aktorem. On nie gra. On pokazuje mi prawdę i dlatego jest wielki. Rola na pozór prosta, nieskomplikowana, a jednak stworzona tak niezwykle i wyjątkowo, że nie sposób oderwać od niej wzroku. Wraz ze Scarlett Johansson stworzyli wspaniały duet, co było o tyle trudne, że Johansson gra tutaj wyłącznie swoim głosem – nie pojawia się w filmie fizycznie. Wszystko jest niezwykle autentyczne (oczywiście nie zakochanie się w komputerze) i piękne.

Na wrażenia z filmu jeszcze lepiej wpływa oprawa audio-wizualna. Zdjęcia są tutaj cudowne, przepełnione pięknymi, pastelowymi kolorami, a muzyka niesamowicie oddaje klimat tego, co widzimy. Szkoda, że nie jest jeszcze dostępna w iTunes, bo to była pierwsza rzecz, jaką sprawdziłem po napisach końcowych. Niezwykle spodobała mi się wizja przyszłości przedstawiona w filmie. Przyszłość nie tak odległa i bardzo prawdopodobna. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o związki z systemami operacyjnymi, ale o to, jakie widzimy tutaj sprzęty i jak bohaterowie ich używają. W niektórych momentach można się tu poczuć jak w reklamie Apple. Wszystko po prostu działa i nie zastanawiamy się nad tym jak. Magia.

Nie jest to film dla każdego. Nawet nie wiem, czy spodoba się większości czy mniejszości. Jednak bardzo bym chciał, by każdy, kto pójdzie na seans, wyszedł z niego zadowolony. Pomimo tego, że może wyjść bardzo smutny. Niemniej uważam, że takie kino jest potrzebne. Kino, które wyzwala w nas emocje, skłania do myślenia i pokazuje pewne rzeczy. Myślę, że każdy może tu znaleźć coś dla siebie. „Ona” to nie tylko wspaniały scenariusz, który zachwyca oryginalnością, a jednocześnie prostotą. To rewelacyjna gra aktorska, cudowna muzyka i niezwykłe zdjęcia. „Ona” to film, który chwyta nas za serce, pomaga nam zajrzeć w głąb nas samych i zastanowić się, co jest w życiu ważne oraz jak powinniśmy to osiągnąć. W końcu, najważniejsza jest miłość.

Powyższy tekst pochodzi z archiwalnego iMagazine 03/2014

imagazine