Gwiazd naszych wina (2014)

STAR_30STAR_30STAR_30STAR_30

Zawsze jak pojawia się film będący romantyczną historią dla nastolatków, mówię sobie, że już z nich raczej wyrosłem. A gdy jest to na dodatek adaptacja książki, to przeczuwam film zrobiony tylko dla pieniędzy. Postanowiłem jednak sprawdzić „Gwiazd naszych wina” i przyznaję się, wychodziłem z kina ze łzami w oczach.

„Gwiazd naszych wina” to historia młodej dziewczyny, granej przez śliczną Shailene Woodley, która choruje na nowotwór tarczycy. Co prawda choroba jest chwilo- wo powstrzymana, ale przez pewne problemy z płucami dziewczyna cały czas ma przy sobie butlę z tlenem. Jej rodzice, w obawie przed depresją, wysyłają córkę na spotkania grupy wsparcia, gdzie będzie mogła o wszystkim porozmawiać z innymi młodymi ludźmi dotkniętymi chorobami nowotworowymi. Tam poznaje Gusa (Ansel Elgort), chłopaka, który jest „chodzącym pozytywnym myśleniem”. Jak nietrudno się domyślić, nawiązują znajomość, spędzają ze sobą wiele chwil, a po jakimś czasie rodzi się między nimi uczucie. O tym, co wydarzyło się później, będziecie mogli się przekonać, oglądając film lub czytając książkę.

Powieści Johna Greena nie czytałem. Jednak po seansie mam ochotę ją nadrobić. Poszedłem na film absolutnie pozbawiony jakichkolwiek oczekiwań. Miałem wrażenie, że takich produkcji powstało już wiele i ta nie wniesie nic nowego do tematu, choć pewnie nastoletnie dziewczyny i tak uznają film za rewelacyjny. W kinie byłem chyba jedynym mężczyzną, reszta to właśnie nastolatki. Film przedstawia się mniej więcej tak: rozpoczynamy historię, poznajemy bohaterów, śmiejemy się, wciągamy się we wszystko coraz mocniej, denerwujemy się, płaczemy. Ostatnia faza rozpoczyna się po około 3/4 seansu i trzyma już praktycznie do samego końca. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądałem pośród tej młodszej widowni na sali.

To jest bardzo ładny film. Bardzo przypadła mi do gustu cała historia i sposób jej opowiedzenia. Mamy tutaj wszystko, czego według mnie oczekuje się od takich produkcji. Jest romantyzm, jest śmiech (i to całkiem dużo śmiechu) i najważniejsze – łzy. Najpiękniejsze w tym filmie jest to, że jest on prawdziwy. Oczywiście, to zawsze film i niektóre elementy są tu podkolorowane, by prezentowały się ładniej. Jednak w całość tej historii jesteśmy w stanie uwierzyć. Oglądając ją, myślałem, że coś takiego faktycznie może się zdarzyć. Zwłaszcza że nie zawsze tu jest pięknie i wspaniale. Nagle przychodzi życie. Problemy, które rzeczywiście mogą się pojawić i każdy z nas mógłby stanąć przed obowiązkiem zmierzenia się nimi. To jest chyba największa siła „Gwiazd naszych wina”.

Druga rzecz to aktorzy. Młodzi, niemający jeszcze wielkiego doświadczenia, ale już dziś posiadający w swoim dorobku występy w dużych produkcjach. Shailene Woodley prezentuje się na ekranie wspaniale i znakomicie oddaje ciepło swojej postaci. Ansel Elgort jako Gus to gość, któremu chcemy przybić piątkę. Zabawny, pozytywnie nastawiony do życia, dobry kumpel, pomagający w potrzebie, niestroniący od ciekawych pomysłów. Swój chłopak po prostu. Dodatkowo mamy postać niewidomego chłopaka, rodziców głównej bohaterki i bardzo ciekawą rolę Willema Dafoe. Sumując wszystko, otrzymujemy film bardzo dobry pod względem aktorskim.

Oczywiście nie jest to film na miarę oscarowego dramatu, który nagle zacznie zdobywać wszystkie ważniejsze nagrody w przemyśle filmowym. To obraz przeznaczony przede wszystkim dla nastolatków, jednak i dorośli (zarówno ci początkujący, jak i z większym stażem) mogą odnaleźć coś dla siebie. Może pod pewnymi względami jest to kolejna ckliwa historyjka o młodzieńczej, pierwszej miłości. Może takich filmów już w historii kilka powstało. Może. Jednak dla mnie jest to znakomita opowieść, która naprawdę jest możliwa. Przepełniona humorem, wzruszeniem i smutkiem. Dodatkowo podana w wyśmienity sposób, który sprawił, że na pewno do tego filmu jeszcze nieraz wrócę. Jest on prosty, ale piękny w swojej prostocie.

Powyższy tekst pochodzi z archiwalnego iMagazine 07/2014

imagazine